Okładka albumu Autoamerican z 1980 roku zespołu Blondie

Autoamerican w momencie premiery był najbardziej eksperymentalnym albumem Blondie. Niewiele z tego co zespół nagrał na czterech wcześniejszych albumach, mogło przygotować kogokolwiek na ich nowe eksperymentalne podejście przy tworzeniu tego.

Po tym jak wcześniejszy i mój ulubiony Eat to the Beat (1979) kontynuował kierunek new wave, zapoczątkowany jeszcze przez Parallel Lines (1978), to ​​podczas nagrywania Autoamerican latem 1980 roku Blondie pomyślało, że nadszedł czas na zmianę. Pomysł polegał na tym, aby twórczo rozgałęzić się na kilka muzycznych gatunków czego efekty mamy tutaj. Jest utwór orkiestrowy, reggae, numery jazzowe, rap, rock, disco i tylko trochę nowej fali. Bez względu na to czy ten projekt się nam spodoba – czy nie, interesujące jest już samo słuchanie, jak w jednym miejscu radzą sobie z tymi wszystkimi stylami jednocześnie.

Ponownie współpracując z australijskim maestro produkcji – Mikiem Chapmanem, zespół poszedł w kierunkach, które były dość nietypowe dla tamtej epoki. Niejako kolejny raz w ich karierze – jednak tym razem bardziej świadomie, przecierając nowe szlaki. W dodatku przy nagrywaniu Blondie po raz pierwszy opuściło swój rodzinny Nowy Jork, a sesje nagraniowe odbyły się w United Western Recorders na Bulwarze Zachodzącego Słońca (Sunset Boulevard) w Los Angeles. Podczas pobytu w Kalifornii do zespołu dołączyła inżynier dźwięku – Lenise Bent. Była jedną z nielicznych kobiet pracujących w hollywoodzkich studiach nagraniowych na stanowiskach technicznych w latach 70. Była też pierwszą kobietą, która otrzymała platynową płytę dla technika dźwięku w historii RIAA (Zrzeszenie Amerykańskich Wydawców Muzyki). Ta platyna była właśnie za ten album.

Choć ostatecznie Autoamerican zaowocował hitami numer jeden jak The Tide Is High, Call Me i Rapture to reszta albumu nie jest już tak jasna i klarowna. Słuchając go od początku do końca to nie jest to, czego oczekuje się sięgając po płytę Blondie. Duża liczba słuchaczy i muzycznych odkrywców prawdopodobnie za pierwszym razem się od niego odbije. Przechodząc do szczegółów…

Europa

Album otwiera instrumentalny utwór Europa autorstwa Chrisa Steina. Dramatyczne smyczki z odbijającą się echem gitarą brzmią jak ścieżka dźwiękowa do filmów science-fiction. Instrumentalna kompozycja kończy się mówioną zwrotką Debbie z tekstem o zależności człowieka od samochodów, która w efekcie doprowadza do ich porzucenia. Sam motyw samochodu powraca w tekstach jeszcze kilka razy na całym albumie. Czy to był ukryty temat przewodni? Może… W każdym razie napisać że Europa to zaskakujący początek, to napisać mało.

Kolejny – moim zdaniem już zdecydowanie lepszy Live It Up – to lśniący disco-funk. Sprytny kawałek, który z łatwością mógłby zapewnić Blondie elegancki przebój, gdyby był tylko bardziej wypromowany. Pojedynczy refren mocno wpada w ucho, a jego melodia i ton w jakim go Debbie śpiewa, wydają się jakby były znajome…

Darkened night, splashing light
Soft and white and so polite
Let him in, beneath the rim
Beneath the skin, your next of kin

Here’s Looking at You to muzyczny pastisz w stylu jazzowych lat 20. Można wyobrazić sobie siedzącą na pianinie Debbie, śpiewającą przy jego akompaniamencie w jakimś zadymionym barze. Posiłkując się słownikową definicją, taki pastisz często pełni rolę żartobliwą jako zabawa, lub stanowi świadectwo sprawności warsztatowej jego twórcy. Jeśli o to chodzi – to tak, dali sobie radę, ale jeśli chodzi o zadziorne Blondie – nie, dziękuję.

The Tide Is High

Powszechnie uznany hit jakim niewątpliwie jest The Tide Is High to numer który mnie osobiście męczy już po kilku minutach. Piosenka jako 100% reagge powstała już w 1967 roku i zaśpiewana została przez jamajską grupę prosto z Kingston – The Paragons. Nie wiem skąd Blondie ją wyciągnęło i z jakiego archiwum, ponieważ w latach 60. nie zdobyła popularności. W efekcie zrobili z niej jednak swoją wersję, która jest bardziej reagge niż oryginał i przebojem już sie stała. Chociaż takie klimaty są całkowicie nie moje i nigdy się do niej nie przekonałem, to nie można odmówić jej 'nowej’ oryginalności, słuchając najpierw kawałka The Paragons. Myślę, że duża część ludzi dzięki Blondie po raz pierwszy spotkała się z w ogóle z klimatami reagge, gdy ich wersja zdobywała szczyty list przebojów.

Anioły na balkonie

Kinowy Angels On The Balcony z przepiękną melodią, słowami i czarującą głosem Debbie jest po jamajskich brzmieniach powrotem do tego co w ich dyskografii lubię najbardziej. Jakby oceniać piosenki po wyglądzie a nie po brzmieniu, to ta byłaby najmniej szorstką i najładniejszą na albumie. Balkon który tak często wykorzystywali w swoich sesjach zdjęciowych, w końcu znalazł miejsce w tekście. Jej autorem jest Jimmy Destri oraz muzyczna znajoma zespołu Laura Davis i to jest jej druga piosenka napisana dla Blondie. Na wcześniejszym albumie pomogła stworzyć wspaniałą Slow Motion. Po dwóch tak charakterystycznych gościnnych piosenkach trochę szkoda, że na swoją twórczość nie miała więcej możliwości.

Go Through It ma w sobie coś z galopującego rytmu i zaciągania gitar w stylu filmowych melodii Ennio Morricone. Klimatu westernów do których mógłby być dobrym soundtrackiem wręcz idealnym na scenę pościgu. Dynamiczny kawałek niczym pędzący przez stepy dzikiego zachodu kowboj na swoim mustangu. Jako że Clinta Eastwooda i ogólnie westerny lubię, to trafia do mnie ta melodia i uważam cały utwór za mocny punkt albumu. Piosenka w wersji demo nosiła tytuł I Love You Honey, Gimme a Beer, który ostatecznie został jako wers tekstu. Może ktoś nagra jej cover w jakimś filmowym 'Saloonie’ z opartą o bar zgrabną wokalistką?

Do the Dark smętna i mało interesują próba stworzenia czegoś psychodelicznego, co miało być podobne do… no właśnie do czego? Nie mogę dosłuchać się tutaj motywacji i odbijam się od niej za każdym razem.

Rapture

Rapture to przewrotny hit, który zajął pierwsze miejsce w Stanach Zjednoczonych w 1981 roku i stał się ostatnim wielkim międzynarodowym przebojem Blondie, aż do ich ponowne spotkania w 1999 i piosenki MariaPiosenka jest pełna muzycznej bezczelności i mieszanką wszystkiego – dosłownie wszystkiego! Z rytmicznym disco, który leży u podstaw utworu, kawałek eksploruje również elementy popu, rocka, jazzu i rapu…

Rapująca Debbie rzuciła zaskakujące wyzwanie publiczności, ale zapewniła tym coś świeżego i ekscytującego. W efekcie Rapture stało się pierwszym wielkim hip-hopowo-rapowym hitem na amerykańskich listach przebojów! To było na długo przed tym, nim ten gatunek w ogóle zaistniał w popkulturowej świadomości. Dużo się w nim nie orientuję, ale wydaje mi się, że sam rap nadal brzmi tutaj niesamowicie świeżo.

W 1980 roku niektórzy fani chcieli, aby zespół Blondie pozostał w określonym punkcie ich ewolucji. Chris Stein zakochany wtedy w raczkującym hip-hopie, napisał Rapture. Byłem kiedyś bardzo zaskoczony, gdy sobie uświadomiłem, że pierwszy hit w USA w tym stylu nie został napisany przez Eminema i innych raperów dekady później a właśnie przez Blondie! Każdemu obcemu kto kojarzy zespół z innymi melodiami, zawsze można ten fakt jako ciekawostkę podrzucić. To też piosenka, która moim zdaniem najbardziej dobitnie pokazuje jak eksperymentalny w czasie swojej premiery był to album.

Znaczna część teledysku Rapture to jedno ujęcie, w którym Debbie tańczy ulicą, mijając artystów graffiti, Wujka Sama, amerykańskiego Indianina, tancerkę baletową i członków zespołu. Taki trochę przekrój amerykańskiego społeczeństwa/ulicy Nowego Jorku niczym sceniczny image zespołu Village People.

Następna w kolejce jest napisana w całości przez Debbie – Faces. Retro jazzowa ballada fortepianowa to stylowy bliźniak wcześniejszej Here’s Looking at You. Kolejny raz motyw zadymionego baru w którym przy jednym stoliku mogliby siedzieć Marilyn Monroe i James Dean. W tle raz czule i nisko, raz ostro i wysoko, śpiewała by im Debbie Harry.

T-Birds

Nie wiem ile razy słyszałem ją wcześniej, ale pamiętam dokładnie jak się w niej zauroczyłem! Miałem zaplątany mix piosenek ulubionych wykonawców na liście odtwarzania, muzyka grała w tle, a ja robiłem… naleśniki. Pierwsza myśl – jak to fajnie gra i te chórki! Kto to śpiewa, to przecież głos Debbie? Który to rok, album? Podniosłem telefon, patrzę Blondie – Automerican! Ale jak to, przecież nie przepadam za tą płytą? Słyszeć, a słuchać to nie to samo 🙂

T-Birds to piosenka Nigela Harrisona i ma ona trochę wspólnego z jego innym utworem – cudownym Union City Blue. Największa różnica tutaj to brak w niej tylko ekspansywnego narastania bębnów i budowania perkusji Clema Burke’a. Perkusji, która odgrywają tutaj drugorzędną aczkolwiek równo bitą 'plemienną’ rolę. Zamiast niej na pierwszy plan wyszedł Frank Infante ze swoją zwinną gitarą i wspaniałymi riffami. Piosenka w równym tempie szybuje w górę nie tylko dzięki potężnej gitarze, ale również dzięki legendarnemu chórkowi. Pasuje on idealnie i perfekcyjnie miesza się z Debbie, dając melodyjny efekt.

Piosenka brzmi przebojowo w formie nowofalowego rocka, ale przebojem nigdy się nie stała. Nie zmienia to faktu, że dla mnie to faworyt i najmocniejszy punkt albumu. Uwielbiam! Trudno mi uwierzyć, że ten utwór nigdy nie został wydany jako singiel nigdzie na świecie przez co ma status nieodkrytej perełki dla kolejnych pokoleń.

Sam tytułowy tajemniczy t-bird to totem Rdzennych Amerykanów i ukłon w stronę jego magii i religijnego znaczenia dla przodków. Także pod względem tekstu piosenka zaskakuje. Tym razem nie chodzi o jakieś punkowe życie, a o hołd dla indiańskich plemion. Jakby ktoś kiedyś pytał o pierwszoligowe amerykańskie zespoły, które nagrały z pamięcią i szacunkiem piosenkę dla przodków – proszę bardzo!

Wersowy łącznik czasów

Walk Like Me to dziki rockowy numer z tak bardzo kojarzoną z zespołem marszową melodią buntu. W piosence jest tekst „Walking like a milioner / walking on imported air”. Pojawił się on ponownie prawie 20 lat później w powracającym singlu Blondie z 1999 roku. Tą 'nową’ piosenką była oczywiście Maria gdzie tekst ewoluował w „She’s like a millionaire / walkin’ on imported air”.

Ostatnia Follow Me jest klimatycznym coverem piosenki Lerner & Loewe z musicalu Camelot. Piękna ballada kończy album w takim stylu jak go podniośle zaczęła z Europa.

Blondie – Call Me

Spojrzenie wstecz na Autoamerican nie byłoby kompletne bez wzmianki o Call Me. Ze względów fizycznych na samym czarnym winylowym LP piosenka sie nie zmieściła, dopiero na bardziej kompaktowych reedycjach. Ale tak naprawdę to od niej zespół zaczął rok 1980 i nie pomija się jej przy okazji albumu. Była singlem i tytułową piosenką American Gigolo (1980). Filmu z pięknymi kolorami i świetnym klimatem początku nowej dekady, który nawet dzisiaj ogląda się magnetycznie – trochę jak pomnik tamtej epoki.

Ojciec chrzestny muzyki disco – Giorgio Moroder

Jej autorem jest twórca muzyki do całego filmu czyli Giorgio Moroder. Sam tekst na jego prośbę napisała Debbie z perspektywy głównego charakteru filmu – amerykańskiego żigolaka. W studiu nagraniowym obecny był cały zespół Blondie, który skrupulatnie przeniósł pomysły Morodera na swoje instrumenty. Mimo to nie zostali uznani jako autorzy muzyki. To dlatego, że pomagier Giorgio, niejaki Harold Faltermeyer – o którym świat dopiero miał usłyszeć, był autorem charakterystycznego brzmienia syntezatora. Dokładnie przez tą jedną melodię za autorów muzyki uznawana jest ekipa Giorgio, a nie sam zespół Blondie.

Jednak nawet zmieniając 'na weekend’ producenta, nie da się zatrzeć najlepszego stylu Blondie. Świetny rytm, świetne słowa i niepodrabialny zadziorny głos Debbie! Call Me została ogromnym przebojem na całym świecie, a w samym USA nie schodziła z miejsca pierwszego przez sześć tygodni! Tak napędzała promocję filmu, który swoją drogą też okazał się kinowym hitem tamtego roku. Gdy dźwięki Call Me łączą się z czołówką filmu wzdłuż kalifornijskiego wybrzeża, tworzą dla mnie popkulturową wizytówkę. To trzeba zobaczyć.

W 1981 roku piosenka była nominowana do nagrody Grammy za najlepsze wykonanie rockowe, a także do Złotego Globu za najlepszą filmową piosenkę oryginalną.

Chronologicznie z kronikarskiego obowiązku. W styczniu 1980 roku krótko przed premierą filmu został wydany singel Call Me. Następnym singlem zespołu był w lutym Atomic który kończył promować jeszcze album Eat to the Beat (1979). Kolejnym singlem w październiku był już zapowiadający AutoamericanThe Tide Is High.

Susie and Jeffrey

Siedmiocalowy singel promujący ten album piosenką The Tide Is High został wydany miesiąc przed albumem – 31 października 1980 roku. Na swojej stronie B zawierał jeszcze jedną piosenkę, która z przyczyn fizycznych, podobnie jak Call Me, nie zmieściła się na czarnym LP. Na szczęście w większości wszystkich reedycji płyty i streamingu jest już częścią albumu, co pozwoli ją odkryć większej liczbie słuchaczy.

Tą wyjątkową piosenką jest Susie and Jeffrey i nie wspomniałbym o niej słowem, gdyby był to zwykły zapychacz. Jest wręcz odwrotnie! Za melodię, małżeńską historię jaką przedstawia i nonszalanckie jej zaśpiewanie jest moją ulubiona kompozycją Blondie z okresu Autoamerican.

Najlepsze scenariusze pisze życie – to jest jeden z tych przykładów.

Piosenka o Susie i Jeffreyu zainspirowana została prawdziwym wydarzeniem, gdy młoda para rozwaliła samochód o mur studia przy Sunset Boulevard w Los Angeles. Studia muzycznego na którego terenie w tym samym czasie zespół nagrywał ten album. Po stłuczce Debbie Harry i Chris Stein spotkali się z parą i byli świadkiem ich kłótni. Sytuacja natchnęła ich to szybkiego przetworzenia zdarzenia w słowa i melodie. Autentyczna historia, która została przytoczona przez Debbie i Chrisa podczas wywiadu promującego biografię samej Debbie – Face It.

Autoamerican – ostatni dobry album Blondie?

Obecnie album Autoamerican jest zdecydowanie bardziej zjadliwy i doceniany niż w czasie swojej premiery i zasłużenie stał się klasykiem. Wtedy fani i (czytając stare recenzje) krytycy, mieli problem z opanowaniem tej zadziwiającej różnorodnej płyty, nieco przekraczającej granice.

Osobiście doceniam atrakcyjność i odwagę, ale jednocześnie Autoamerican nie do końca do mnie przemawia. Zaczęli za dużo eksperymentować ze zbyt wieloma gatunkami. Całość brzmi jak bałagan, który zaczynał być też wynikiem pieniędzy i narkotyków w samym zespole. Osobiście wolę bardziej spójne albumy, a tutaj do słuchania wybieram jedynie poszczególne utwory.

Mimo wszystko znając całą dyskografię zespołu, czasem myślę, że Autoamerican to ostatni dobry album Blondie. Dużo na nim rzeczy do podziwiania i czasami ma w sobie coś ze snu. Jest też jednocześnie dużo rzeczy, które mnie po prostu irytują. Takimi samymi słowami nie tylko ten album ale i całą karierę zespołu mogę podsumować.

Zespół Blondie na sesji zdjęciowej do albumu Autoamerican w 1980 roku.
Zespół Blondie na promocyjnej sesji zdjęciowej do albumu Autoamerican w 1980 roku. Porównując zdjęcie z tej sesji do ich wcześniejszych, łatwo zauważyć zmieniającą się modę.