Obstawiam że 1 na 100 osób wcale nie kojarzy tego Włocha i jednocześnie 99 tych samych osób zna jego piosenki. Paradoks, ale tak to już bywa z muzycznymi producentami. Podczas gdy wokaliści lub zespoły zdobywają popularność, trafiając na nasze playlisty i w formie plakatów na ściany. Oni niezauważeni zostają w cieniu, przeważnie na zawsze.

Sytuacja podobna do tej z reżyserami filmowymi których pomimo wszystko i tak kojarzymy lepiej od ich muzycznych odpowiedników. Nawiązanie do filmów niebezpodstawne. Tak się składa że to właśnie muzyka na potrzeby filmowych produkcji odgrywała w życiu Giorgio, wprawdzie nie jedyną, ale główna rolę.

Pierwszym filmem, dla którego stworzył ścieżkę dźwiękową, był thriller oparty na faktach „Midnight Express” z 1978 roku. Pierwszy projekt i pierwszy sukces, do tego nie byle jaki. Giorgio za stworzony przez siebie soundtrack zgarnął Oscara i złotego Globa! Trzeba przyznać mocne wejście, ale to, czy jest dobry w tym,co robi, miał udowodnić dopiero w kolejnych latach. „Midnight Express” stary film, kto go dziś pamięta?

Ojciec Chrzestny

Nie, nie będzie o filmie. Chodzi o jego pseudonim, ponieważ w środowisku muzycznym Giorgio Moroder nazywany jest ojcem chrzestnym muzyki dance i disco. Jeśli spojrzy się na jego pierwsze sukcesy, wcale nie bez powodu. Końcówka lat 70. Disco było zdecydowanie w swoim najlepszym czasie z apogeum przypadającym na „Gorączkę Sobotniej Nocy” i wywijającym na parkiecie Travoltą. Giorgio w tym samym czasie pracował wspólnie z Donną Summer, jedną z najważniejszych postaci tamtej ery. Mimo x wspólnych piosenek, za wizytówkę ich współpracy uznam graną i miksowaną do dzisiaj w radiu oraz na parkietach „Hot Stuff”.

Złote statuetki od branży i kilka dyskotekowych przebojów otwierały drzwi. Wraz z rosnącą popularnością pojawiało się coraz więcej ciekawych propozycji, a gaże rosły. Giorgio lubił tworzyć soundtracki. Jak przyznał w wywiadach, możliwość poznawania różnych wykonawców i innych producentów podczas pracy była dla niego zawsze muzycznym wyzwaniem i przygodą. Często by stworzyć ścieżkę dźwiękową do jednego filmu, niezbędna była współprace z różnymi zespołami i ludźmi. Mimo że styl takich albumów pozostawał ściśle powiązany z filmem, to właśnie ta artystyczna różnorodność nadawała im muzycznego charakteru Giorgio.

Koniec Disco, witamy lata 80te

Na przełomie lat70/80. disco schodziło z dyskotekowych scen ustępując miejsca nowym rytmom i bardziej modernistycznemu gatunkowi jakim był dance. Giorgio trzymał fason i wcale nie zamierzał tracić świeżość. Był na runku już wystarczająco długo, poniekąd sam go tworząc i nadając kierunek rozwoju.

Za taki przykład jego niewypadnięcia z rynku można uznać kolejny hit stworzony wspólnie z Blondie: „Call Me”. Był rok 1980, gdy piosenka trafiła na numer 1 amerykańskich list przebojów i spędziła tam pół roku! Moroder nie musiał znać zespołów i wykonawców wcześniej, bo jak widać i słychać, czasem wystarczyło jak w tym przypadku kilka dni w studio, by wszystko zagrało. Abstrahując, Blondie nawet gdyby chciało to i tak kontrakty ich wytwórni nie pozwoliłyby na dłuższą współpracę z Morodorem, co jako fan Blondie uważam za stracenie okazji na posłuchanie nigdy nienapisanych hitów. 

Flashdance

Ktoś kojarzy dziewczynę, która pracowała w stalowni, by spełnić swoje marzenia o zastaniu tancerką? Nie? Więc nie znacie filmu „Flashdance” z1983 roku, bo to jego fabułę mam na myśli. No ale, fabuła fabułą, prosta i przewidywalna, ale to nie ona była najmocniejszą stroną tego filmu.

Pomijając 18-letnią bohaterkę Alex Owens, to ścieżka dźwiękowej stała się jego siła napędową i to głównie dla niej ludzie wracają do tego filmu. „What A Feeling” w wykonaniu Irena Cara i kolejny Oscar goes to Giorgio Moroder. Na listach przebojów piosenka ta zmieniała się miejscami z innymi piosenkami z filmu. Między innymi z „Maniac” od Michaela Sembello, „Lady, Lady, Lady” Joe Esposito czy „Imagination” od Laury Branigan. Tylko gusta odbiorców i konkretny kraj warunkowały to, kto akurat był wyżej w notowaniach. Jak podają różne źródła, filmowy soundtrack sprzedał się do dzisiaj w liczbie ponad 10 milionów egzemplarzy. Oczywiście nie uwzględniam miliony streamingów czy odtworzeń teledysków na YouTube.

Top Gun

Pisząc o filmowych piosenkach nie wolno zapomnieć o… tu, du, du, du, dummm… dum dum, dum… rok 1985, kapitan Crus’e a właściwie grany przez niego Maverick w hitowym „Top Gun” z zawadiackim uśmiechem zarywa do Pani instruktor a w tle możemy usłyszeć połączenie ballady i nowej fali: „Take My Breath Away” zespołu Berlin. To oczywiście produkcja Giorgio, a na miejscu zespołu nie wiedziałbym jak mu podziękować. Przez tą piosenkę zapisali się nie tylko w historii muzyczno-filmowej popkultury, ale tak od ’85 maja za co żyć. Kto poza fanami wymieni ich inną piosenkę? Nawet szukałem kiedyś specjalnie, czy może znam od nich coś jeszcze ale nic nie znalazłem.

Z muzycznych soundtracków poza wyżej wymienionymi wspomnę tylko o moich ulubionych. Nie tylko z muzycznego punktu widzenia ale i filmowego ponieważ takie filmy robili „tylko” wtedy. Mam na myśli kreację Ala Pacino w „Człowiek z Blizną” z 1981. Oraz siłującego się na rękę Sylwestra Stallone w „Więcej niż wszystko” z 1987. Tu i tu jest kilka piosenek i muzycznych motywów stworzonych przez Giorgio i wspólnie z nim. Wrzucam je sobie od czasu do czasu na playlisty do samochodu czy biegania. Pure #80s

Musicland, Monachium

W latach 80. było już wiadomo, ze Giorgio nie jest kolejnym zwykłym inżynierem dźwięku. Moroder w tym czasie nie spoczywał na laurach. Mimo że na stałe mieszkał w USA, gdzie miał studio, to drugie studio, którego od końca lat 60. był właścicielem nosiło nazwę Musicland i mieściło się w Monachium.

Napisać że to legendarne studio, to jak nie napisać nic. Patrząc na listę wykonawców, jacy w nim nagrywali ze względu na najwyższej jakości sprzęt i specjalistów, czy też wykonawców, którzy współpracowali w nim z Giorgio, nie trzeba więcej dodawać. Wymienię tylko część: The Rolling Stones, Led Zeppelin, Electric Light Orchestra, Iron Maiden, Donna Summer, Bonnie Tyle, Deep Purple, David Bowie, Kylie Minogue, Janet Jackson, Amanda Lear, Sweet, Elton John, Queen oraz Freddie Mercury solo. Przewinęło się w latach 70 i 80 przez Monachium naprawdę wiele legend. Studio patrząc z perspektyw czasu, było po kilku londyńskich przybytkach jednym z najważniejszych punktów na muzycznej mapie Europy. „Wszyscy” chcieli tam nagrywać. Zostało zamknięte na początku lat 90. z powodu nowej monachijskiej stacji metra, która znacząco utrudniła warunki i jakość pracy.

Tu pisałem o Bavaria Film. Oba artykuły łączy postać Limahla i piosenki „Never Ending Story”, którą wyprodukował Giorgio, a która została nagrana kilka kilometrów od planu filmu. Musicland Studio i filmowe miasteczko dzieliło wtedy ok. 8 kilometrów.

Na przestrzeni kariery mimo pracy typowo producenckiej nagrywał również pod własnym nazwiskiem bądź pseudonimem. Również na tym polu odnosił w zależności od różnych państw sukcesy. Wspominając chociażby płyty „From Here to Eternity” czy „Déjà Vu”.

Epilog

Skróciłem jak się da ten tekst i skupiłem na najważniejszym. Ten człowiek to kopalnia tytułów i albumów, więc jeśli kogoś zachęciłem, to katalogi muzyczne i playlisty Spotify stoją otworem. Urodzony w 1940 roku Giorgio działa i żyje od dawna głównie jako biznesmenem, swoje zrobił. Z muzyki jednak kompletnie nie zrezygnował. Dobija właśnie do 80tki, ale ciągle grywa jako deejay ze swoimi setami i repertuarem. Obu widziałem i napiszę, że jeśli David Guetta w wieku 80 lat ciągle będzie stał za konsolą, to będzie robił takie wrażenie, jakie Giorgio robi teraz. 

Nie ważne jakiej muzyki słuchamy, szanujmy gościa, bo Giorgio Moroder to jedna z tych niewidocznych muzycznych legend! Człowiek orkiestra, który w świadomości zwykłego zjadacza „chleba” nie jest wystarczająco znany.