Czwarty album zespołu Blondie – Eat to the Beat to kulminacja i elektroniczne podbicie wszystkich doświadczeń, wpływów i pomysłów, które charakteryzowały ich styl na pierwszych trzech albumach. To bez odcinana kuponów taki The Best of, ale złożony z nowo napisanych piosenek, a nie starych hitów. Od energicznej perkusji i riffów gitary prowadzącej, po sekwencyjne uderzania w klawisz syntezatora, dynamika i energia nie odpuszcza nawet na chwilę.

Z męskiego poczucia obowiązku nie napiszę jednak słowa o muzyce Blondie, jeśli nie zacznę od samej blondynki – Debbie Harry. Ta jej maniera na scenie, sexapil podczas śpiewania, głos raz zadziorny raz delikatny, ahh! Można się zauroczyć i w pewien sposób ciągle jestem nią zauroczony. Taki mój love crush jeśli chodzi o ikoniczne wokalistki poprzednich dekad i pierwsza kobieta jaka przychodzi mi na myśl, gdy pomyślę o muzycznej babce z charakterem. Mimo że obecnie kontakt z ulubionymi zespołami, artystami itp. jest przez social media bardzo bezpośredni, to zdecydowanie ciężej stać się komuś ikoną, o której ktoś za x lat wspomni, jak ja robię to teraz tym wstępem. Debbie taką popkulturową ikoną już dawno została. Odbębnione, a teraz słuchawki na uszy i przechodzę do muzycznego pisania.

Eat to the Beat to popowy atak Nowej Fali

W 1979 roku trudno było sobie wyobrazić, że zespół może kiedykolwiek muzycznie przebić wydany rok wcześniej Parallel Lines. Jak się okazało, producent Mike Chapman przyjął jednak outsiderskie podejście i nie powielił schematów ze swojego debiutu z zespołem. Moim zdaniem zrobili to i udoskonalili wszystko co mogli. Eaat to the Beat brzmi bardziej modernistycznie niż najpopularniejszy (i powszechnie uznany za najlepszy) w dorobku poprzednik.

Podczas nagrywania wiosną i latem ’79 cały skład był w szczytowej formie. Instrumenty, teksty piosenek i wokal. W pisaniu brali udział wszyscy członkowie oprócz perkusisty Clema Burke’a. Clem, tudzież Antoni Bożewski tak naprawdę nigdy nie był dobrym tekściarzem, nie interesowało go to. Za to odbił to sobie dosłownie i w przenośni muzycznie, ponieważ jego bębnienie i perkusja jest centralnym elementem brzmienia wokół którego zbudowana jest cała płyta. Muzycznie poza Clemem, również Chris Stein i klawiszowiec Jimmy Destri skrystalizowali swoje role jako głównych stylistów w zespole. Wtedy to był muzyczny kręgosłup: gitara, perkusja i syntezator. To wszystko okraszone rockowym głosem Debbie. Nieco mniejsza wpływ na kreatywność produkcji mieli muzycy Nigel Harrison i przyszła czarna owca Frank Infante. Chociaż Mike wyprodukował również ich następne albumy, to już żaden nie odniósł takiego komercyjnego i artystycznego sukcesu jak ten.

Marzenia są za darmo

Żywiołowy i o zawrotnym tempie Dreaming był pierwszym singlem albumu. Nad wściekle walącym w talerze Clemem przebija się przewodni wokal Harry oraz gościnnie w chórkach Ellie Greenwich. Dziewczyny głosami trochę jak ptaki na niebie uciekające przed perkusyjną burzą. Swoją drogą tak mocna perkusja wyszła z przypadku i wcale nie była zamierzona. Podczas nagrań live w studiu, producent Mike Chapman dał Clemowi wolną rękę w interpretacji aranżacji, a potem uznał, że jednak tędy droga i postanowił zachować to nieco chaotyczne uderzanie w talerze. Tak w efekcie wyszedł kawałek naładowany aż nadto pozytywną energią. Od swojej premiery z miejsca stała się podstawą koncertowej setlisty zespołu, często jako pierwszy w kolejce, właśnie na rozgrzewkę przez tą perkusję. Do dzisiaj tylko nie do końca rozumiem, jak autor Dreaming – Chris Stein, zainspirował się tutaj kawałkiem Dancing Queen od ABBY?

Następny The Hardest Part to funk rockowy numer w czystej postaci. Niestandardowa tempo gdzie refren jest wolniejszy od zwrotek, a Debbie operuje głosem równolegle z rytmem aktualnie przewodniego instrumentu. Mała dźwiękowa perełka luźno zaśpiewana o napadzie na opancerzoną ciężarówkę. Dla mnie jasne że tylko zakochana para Harry/Stein niczym Bonnie i Clyde mogła wymyśleć taki tekst. Z kolei teledysk do niej to pierwsze medialne przełamanie wizerunku ponieważ Debbie nie była już blondynką. Do zobaczenia w długich czarnych włosach i oprawkach wayfarer od ray-bana.

Power, passion plays a double hand!

Teraz konkret bez przebierania w słowa ponieważ uważam Union City Blue za nowo falowe arcydzieło. Przede wszystkim perkusja! Bębny boga Clema dają ogania i to nie po raz pierwszy na tym albumie. Do tego gitarowe akordy przełamane wokalem Debbie! Połączenie tego wszystkiego w takich proporcjach robi niesamowitą robotę wciągając w niekończący się trans. Jak już raz Union City Blue wpadnie w ucho to robi godzinną pętlę. Co najmniej godzinną! Ciężko z niej wyjść i nie zostaje nic innego jak tylko śpiewać Oh, oh, what are we gonna do? Dla autorki tekstu Debbie inspiracją był kryminalny film neon-noir Union City (1980) w którym zagrała, a zdjęcia odbywały się równolegle z pracami nad albumem. Z kolei muzykę do niego napisał Nigel Harrison. Wyszedł wtedy z sześcio osobowego cienia i udowodnił, że grupa w tamtym czasie to nie tylko duet Stein/Harry.

Czwartą pozycją na płycie jest emocjonalna rockowa ballada Shayla. Melodię i delikatną gitarę basową w zwrotkach prowadzi również spokojny wokal Debbie, który w refrenie momentami wręcz ją rozdziera. Bezsłowna ekspresja jest niesamowita i perfekcyjnie przenosi tekstowy melodramat tytułowej dziewczyny, która ucieka od rutynowego życia zwykłego robotnika. Mogę uwierzyć w każdą tak zaśpiewaną historię. Po prostu świetna interpretacja, świetnej artystki. W teledysku przez chwilę widzimy equalizer w postaci niebieskich słupków podskakujących w rytm melodii. Był on w końcówce lat 70. hipnotyzującą nowością w audio wizualnym świecie. W końcu można było zobaczyć muzykę. Wtedy nawet tak przeciągane lub nudne dla niektórych piosenki jak Shayla nabierały nowych barw. Dla mnie jednak to jedna z najlepszych ballad zespołu.

Na Eat to The Beat wpadki się nie zdarzają

Mogło by się wydawać, że tytułowa piosenka Eat to The Beat zostanie przez zespół potraktowana wyjątkowo i dostaniemy hit. Jednak mimo szorstkiego i punkowego brzmienia nie tym razem. Przewijająca się harmonijka nadaje country klimatu – nie mojego klimatu. Tutaj jedynie brawurowy wokal wart jest odnotowania na plus. Tytuł całego albumu śmiało mogli zaczerpnąć z jakieś innej kompozycji.

Accidents Never Happen to kolejna kompozycja napędzana przez precyzyjne talerze i hi-haty. Ciekawa struktura i zmieniająca się tonacja śpiewu zwrotki/refren. Parafrazując tekst, wypadki w perfekcyjnym świecie się nie zdarzają i taka to jest piosenka, trzyma poziom całego albumu.

Die Young Stay Pretty to stylistyczna zmiana i zanurzenie się w reggae klimatach. Umrzyj młodo, zostań pięknym zaskakuje radykalną zmianą tempa, a sardoniczny tekst potwierdza skłonność Blondie do tak często pisanych ironii.

Wbrew tytułowi Slow Motion to pełen ekspresji, wręcz wykrzyczany hit! Ze sprężystymi liniami gitary basowej, dynamicznymi uderzeniami tamburynu i jak że by inaczej – perkusji. Nieco zapomniana przez świat perełka gdzie przyrodnia siostra Lizy Minnelli – Lorna Luft, dwoiła się z Debbie w błyszczących do dzisiaj chórkach z epoki. Kolejny jasny punkt nie tylko na albumie ale w całej dyskografii zespołu, uwielbiam ją!

Atomic Blondie❤️

Ostatnim singlem promującym album był wyprodukowany jako mieszanka new wave, rocka i disco potężny Atomic. Taneczny kawałek na syntezatorowych sterydach, w którym wokal miesza się z muzyką instrumentalną. Autorem tej cudownej mieszanki był klawiszowiec Jimmy Destri i to prawdopodobnie jego autorska wizytówka życia. Naładowane pasją uderzenia Clema Burke’a w perkusje serwowane są tutaj z najpiękniejszą linią basu na całej płycie, a dźwięczne i hipnotyzujące gitarowe akordy usłyszane raz, są nie do zapomnienia. To dokładnie ten sam schemat, który okazały się tak skuteczny w ich najbardziej znanym singlu numer jeden, mianowicie Heart of Glass.

Według Debbie samo słowo atomic w piosence funkcjonuje jako symbol władzy i awangardy w przyszłości. W przyszłości zniszczonych wartości moralnych i Ziemi zdewastowanej przez wojnę atomową. Piosenka napisana była w czasach napędzanych propagandą strachu i wiszącego w powietrzu „nieuchronnego” konfliktu między USA a ZSRR. Dla władz zawsze musimy jako społeczeństwo mieć wroga i zagrożenie. Łatwiej nas kontrolować i wdrażać rzeczy mające tylko pozornie chronić nasze bezpieczeństwo. Na przestrzeni lat od jej powstania takimi wrogami zdążyli być już Sowieci, dziura ozonowa, wirus, znowu Rosjanie. Zawsze ktoś lub coś nam zagrażało… i czy to właśnie nie jest genezą ideologii punk rocka której Blondie po założeniu w ’74 był wizytówką?

Obecnie piosenka Atomic to świetny motyw przewodni do walki o wolność z coraz większą inwigilacją i arogancją wykorzystującej nas władzy – gdziekolwiek żyjemy. Sam tekst został przez Debbie napisany dość spontanicznie gdy zespół grzał instrumenty, bo nic nie pobudza kreatywności tak bardzo jak wolność!

Gdybym musiał dokonać niemożliwego i wybrać tylko jedną piosenkę z całej dyskografii Blondie, byłaby nią właśnie ta. Pojęcia nie miałem o muzyce, a już jako dzieciakowi wpadła mi w ucho. Sama w sobie jest piękna, a do tego dochodzi ogromny sentyment. To co łączy nas z muzyką bez względu na jej jakość.

Kołysanka do poduszki

Po takiej paradzie tempa zespół zaprasza na chwilę wytchnienia przy ścieżce numer dziesięć. Łagodnej kołysance Sound-A-Sleep. Słyszymy tu już nawet nie delikatny, a wręcz aksamitny głos Debbie. Lekarstwo na bezsenność w pozytywnym znaczeniu i chyba nie małe zaskoczeni na tak rockowym albumie.

Victor to eksperyment który ciężko nazwać nawet piosenką i do czegokolwiek porównać. Napisana przez Franka Infante’a skonstruowana jest jak histeryczny dialog między Anastazją i jej kochankiem Victorem. Victor zastawił ją i poszedł do Anety o czym pisze w liście, który jest jednocześnie zwrotką piosenki. Wariactwo! Do tego ten rosyjski chór, albo raczej to co z jego prób w wykonaniu panów można usłyszeć. Chyba musiał być jakaś impreza w studiu a Mike Chapman włączył im mikrofony. Chyba nawet Debbie zdarła sobie swój mocny głos?

Ostatecznie wracamy na właściwe tory i sprawdzone schematy, a album kończy się kolejnym szalonym wybuchem energii w Living in the Real World. Harry pełna nieskrępowanej energii po raz kolejny w krzyczącym refrenie czaruje głosowymi sztuczkami, aż wybrzmi ostatnie no more...

New Wave w natarciu

Album Eat to the Beat nie był już otwartą mową o seksie, narkotykach i klubach w których zespół po godzinach spędzał czas, a po czym ślad odnajdziemy na wcześniejszych trzech albumach. Tutaj mamy więcej chwytliwych melodii i popowych piosenek przez co możemy stać się muzycznym narkomanem bez brania narkotyków. Wystarczą słuchawki mającego premierę w tym samym czasie co album walkmana od sony.

Muzyczne zgromadzenie wszystkiego co najlepsze w Blondie w jednym, 45 minutowym perfekcyjnym wybuchu – atomowym wybuchu. Mój ulubiony LP i trochę szkoda, że ​​już na zawsze zostanie w cieniu swojego poprzednika – Parallel Lines (1978). Chociaż z drugiej strony czyni go to niesamowitym odkryciem dla niewtajemniczonych, także pick up the beat!

Albumowi udało mu się być przełomowym w jeszcze jeden sposób. Poza energetycznymi piosenkami, fantastycznym śpiewem i niesamowitą grą na perkusji Eat to the Beat był także pierwszym albumem w muzycznej historii, z którego do każdej z dwunastu piosenek, jeszcze długo przed premierą i erą MTV nakręcono teledysk.