Album od czasu premiery obsłuchałem już wielokrotnie. Byłem też dość na bieżąco z jego tematem śledząc z ciekawości jak zostanie odebrany. Czytałem i oglądałem recenzję, zarówno Polskie, jak i zagraniczne oraz komentarze, jakie czwarta płyta Imagine Dragons wywołała. Wniosek? Nie sposób nie zauważyć, że większość muzycznych krytyków, dziennikarzy i youtuberowych recenzentów jest zawiedziona. Tylko dlaczego?

Mam swoją odpowiedz na takie, a nie inne oceny tego wydawnictwa przez muzycznych guru i recenzentów w sieci. Po prostu ich znaczna część zakwalifikowała ten zespół już dawno jako wyłącznie rockowy. Teraz jest zaskoczona oraz zawiedziona wymieszaniem stylu i połączeniem rocka z muzyką popularną, jaki możemy na „Origins” usłyszeć. Moim zdaniem chwała chłopakom za to, że nie został stworzony pod ocenę dziennikarzy, ale dla ludzi! Ten album, jak sam zespół przyznał to rodzeństwo trzeciego w karierze „Evolve”, a w rodzinie, jak wiadomo, nic nie ginie. Także mamy tu wszystko, do czego nas przyzwyczaili.

Nie oceniajmy po okładce

Nie jestem wielkim fanem i nie śledzę ich kariery dokładnie. By wyrobić sobie zdanie i poszukać potwierdzeń o muzyce, jaką tworzą, poczytałem i obejrzałem z nimi trochę wywiadów. To, co wiem na pewno to to, że Imagine Dragons nie jest zespołem rockowym! Zarówno przy okazji tego albumu, jak i wcześniejszych premier, nigdy nie zadeklarowali się, że grają tylko i wyłącznie rock. Jednocześnie zamykając się na wszystkie inne gatunki. By do tego dojść, przyznam, musiałem się wsłuchać. Bez zagłębiania się w ich twórczość, sam tkwiłbym w fałszywym przekonaniu i nigdy nie odkrył ich innej, poza radiowej muzycznej natury.

Mój początek

Zespół poznałem kilka lat temu, pewnie jak większość z nas z radia. W radiu pierwsze single, jakie pamiętam to: „It’s Time” i „Radioactive”, które promowały ich pierwszą płytę „Night Vision” z 2012 roku. Podobna sytuacja miała miejsce przy okazji kolejnych płyt i kolejnych piosenek w podobnym tonie, jakimi były reklamowane. Sam tylko z tego kiedyś ich znałem. Myślę że właśnie przez takie coś przypięto im łątkę jednego stylu. Stylu który na przestrzeni lat się zmieniał. Jedynie jakby nikt poza fanami się na tym nie skupił pozostając wierny radiowym/mediowym hitom i tylko im. Więc nawet jeśli ktoś kupił płytę, bądź sobie ją stremował, to podejrzewam, że skupiał się na najpopularniejszych, czyli tych bardziej rockowych kawałkach znanych już z mediów i pomijał te mniej popularne. Tracąc jednocześnie szansę na przywitanie z bardziej niszowym a równie dobrym Imagine Dragons.

Jeśli chodzi o mnie, to właśnie „Origins”, zachecił mnie do przesłuchałem ich wcześniejsze albumów więcej niż raz, na spokojnie. Grzebiąc w dyskografii można odkryć można ciekawe eksperymenty z hip-hopem, heavy metalem, czy nawet country w piosence „Boots” (jeszcze z nieoficjalnego albumu). Także gdy się człowiek zapozna to nie widzi w nich rockmanów. Nawet mimo tego że wizerunkowy image jaki wykreowali na przestrzeni lat, mógł w tym trochę przeszkadzać.

Nie tylko recenzje

Zespół przyznaje, że tworzy aktualnie to na co ma ochotę, a w przypadku „Origins”, który powstawał podczas trwania trasy koncertowej promującej jeszcze „Evolve” jest to chyba najbardziej widoczne. Takie wymieszanie nadaje mu popkulturowej różnorodności i przynajmniej dla mnie jest fajnym zapełnieniem 40-minutowej playlisty. O ile „fanów” rocka może zawieść, to jednocześnie trafi do nowych odbiorców, którzy nie będą ograniczeni tylko do jednego gatunku.

„Chodziło jak najbardziej o znalezienie nowych brzmień i regionów dźwięku, ale jednocześnie nie tracąc swoich korzeni i stylu”powiedział o „Origins” frontman Dan Reynolds. Lubię szukać informacji i założeń muzyków, dzięki czemu potem lepiej rozumiem ich muzykę, teksty czy karierę. Minusem takiego podejścia jest moje wyczulenie na ludzi którzy wiedza od nich lepiej jaką drogą powinni iść i co tworzyć. Ludzi, którzy mówią nam co mamy słuchać jednocześnie nie słuchając tego, co zespól ma do przekazania nam. Taki paradoks.

Oczywiście „doceniam” merytorycznie negatywne recenzje i sam nie pisałbym tego tekstu gdyby nie one. Jednak nie chodzi mi o to by z nimi walczyć, a na pewno nie z gustami, które je piszą. Raczej kwestionuję ludzi, którzy dla zasady lubią sobie poużywać z nienawiścią do Imagine Dragons tylko dlatego, że są popowo – rockowym zespołem odnoszącym sukces, a nie wyłącznie rockowym. A rock przecież najważniejszy gatunek, dlatego to w nim powinni tworzyć, nie?

Hello, hello, let me tell you…

Przykład: kawałek „Zero”, który mam na myśli, to piosenka z przekazem dla dzieci pochodząca z filmu „Ralph Demolka w Internecie”. Oczywiście wcale nie rockowy kawałek. „Nowa odsłona przygód Ralpha to film idealny na nasze czasy pod wieloma względami. Opowiada o poszukiwaniu własnej tożsamości czy o samotności w czasach internetu. Wewnętrzna walka głównego bohatera o akceptację samego siebie bardzo do nas przemówiła, dlatego postaraliśmy się uchwycić te emocje w naszej piosence. Trudny temat ubrany w szybką, rytmiczną i radosną melodią”komentował Dan Reynolds. Co recenzenci na to? Co za rockowcy wrzucają piosenkę do filmu Disneya? No cóż 🙂

Faktem jest, że chłopaki z Las Vegas kontynuują ścieżkę, którą podążyli dotychczas i nadal umacniają swoją reputację jako hitowi giganci. Są na tym albumie piosenki świetnie zarówno do radia, jak i na koncertowe hymny. Dlatego „Origins” można śmiało słuchać nawet nie będąc wielkim fanem, polecam.