Neonowy napis w księżycową noc

Panowie Tim McEwan i Tyler Lyle z pewnością nie zdawali sobie sprawy, że z ich spotkania latem 2012 roku w Los Angeles i rozpoczęcia współpracy, wyjdzie tyle dobrego dla muzycznego świata fanów retro brzmień. Dzisiaj od wydania premierowego albumu Days of Thunder minęło już kilka lat, a o zespole The Midnight można napisać zdecydowanie więcej niż tylko debiutanci. Przez ten czas udowodnili, że tytułowy, zawierający tylko sześć piosenek mini album, był solidnym fundamentem do pokazania się i dalszej sukcesywnej współpracy. Syntezatory, automaty perkusyjne, saksofon i dużo nostalgicznego kiczu, który tak przyjemnie napędza i rozgrzewa nie jeden amplituner i nie jedną głośnikową membranę. Taka jest uwieńczona wokalem Tylera muzyka The Midnight. Muzyka inspirowana synth-popem z lat 80. i zmieszana z bardziej nowoczesnymi wpływami oraz technicznymi zdobyczami elektronicznymi XXI wieku. Także zapnijmy pasy DeLoreana i zróbmy sobie powrót do przyszłość w muzycznym wydaniu 😉

Uchwycić nostalgię

Sam zespół jako swoje motto przyjął japońskie powiedzenie Mono No Aware (物の哀れ). Oznacza ono przemijanie czasu i nostalgiczny smutek przeszłości, będąc jednocześnie radością doświadczeń, które teraz zostały tylko wspomnieniami. Przeszłością, do której tylko w tych wspomnieniach możemy wrócić. Dlatego ważne jest, by były one jak najlepsze, w czym muzyka zespołu ma nam pomóc. Także nie wiem jak Wy, ale ja w takim wolnym muzycznym tłumaczeniu kupuję to motto w stu procentach.

Wszystkie piosenki zostały napisane i zmiksowane w Północnym Hollywood i Santa Monica w ciągu dwóch lat od pierwszego spotkania Tima i Tylera. „Days of Thunder to nasza miłosna piosenka dla Los Angeles, naszego miasta i muzyczny testament na lata, które nadejdą” – tak brzmiał oficjalny komunikat prasowy zespołu, na temat płyty w momencie jej premiery. Z perspektywy czasu lata które miały nadejść, nadeszły, a debiutancki album w gronie fanów zapewnił im artystyczną nieśmiertelność. Skromne życzenie które zrealizowało się szybciej niż myśleli.

Zagrajmy i sprzedajmy to jeszcze raz

Nagrajmy i zagrajmy to jeszcze raz. Czyli jak zrobić coś nowego na starą modę i sprzedać kolejny raz, tym razem nowemu pokoleniu?

Prolog, czyli The Years. Jeśli miałbym zaczynać jakąkolwiek muzyczną przygodę, to jej pierwszymi taktami byłby miękkie brzmienia początku tego kawałka. Świetny wybór na prolog! Zarówno tekst jak i melodia The Years już na samym początku dają do zrozumienia jak muzyczna przygoda o nazwie The Midnight będzie brzmiała i o czym będzie opowiadała. Zaczyna się delikatnie. Spokojny syntezator, przyjemna melodia i głos Tylera który wyśpiewuje hymn młodości, długo i wysoko go wyciągając. Z upływem kolejnych minut słychać w aranżacji coraz więcej elementów, by w końcu dojść do mięsistego brzmienia automatu perkusyjnego i wręcz wykrzyczenia nostalgii. Po tym znowu wyciszenie i spokojne, wręcz balladowe zakończenie. The Years to tempowy rollercoster przyjemny nawet dla tych którzy takich kolejek nie lubią.

„Ooooh Gloria, I, feel so much better!” usłyszysz wykrzyczane przez całą publiczność, gdy tylko wybierzesz się na ich koncert i wybrzmią pierwsze takty Glorii. Pełna energii melodia i refren, który zostaje w głowie jako pierwszy z całego albumu. Typowy przykład piosenki, która wpada w ucho i której tekst idealnie odzwierciedla jej moc, gdy po prostu masz dobry dzień i czujesz się świetnie. Dynamiczny soundtrack do biegania wzdłuż plaż Santa Monica i wysokich obrotów sportowego silnika który ciągnie Cię wzdłuż zachodniego wybrzeża USA po Pacific Coast Highway. Jak pokolenie dekady lat 80. miało swoją Glorię w postaci hitu Umberto Tozziego i jeszcze lepszego coveru Laury Branigan, tak moje ma własną Glorię.

The Midnight – Los Angeles – Miasto o północy

Los Angeles, piosenka o ucieczce z małego zaściankowego miasteczka na słoneczne przedmieścia Los Angeles. Metafora wyrwania się z codziennej rutyny do innego życia, słońca oraz próbowania i zaczynania nowych rzeczy. To wszystko na skąpanych w słońcu ulicach kalifornijskiej metropolii L.A. Miasta inspirującego na wielu płaszczyznach, miejscu w którym powstał zespół i które zajmuje w ich sercach szczególne miejsce. O czym często, przed pierwszymi taktami piosenki podczas koncertach wspominali. Miasta ważnego również dla mnie, o czym by się przekonać odsyłam tutaj i tutaj.

Piosenka przeżyła drugą młodość, gdy ktoś z fanów wrzucił stworzony ze scen La La Land fanowski teledysk na YouTube. Niesamowita ilość wyświetleń! Jeśli filmowy melodramat nie przypadł Ci do gustu, to ta piosenka i wyrwane z kontekstu sceny nadadzą mu nowy sens. Z kolei, jeśli jeszcze nie oglądałeś tego oscarowego zwycięzcy, historia z teledysku wystarczy. (Aktualizacja: gdy pisałem tekst, filmik miał ponad 20 milionów wyświetleń, lecz jest już niedostępny, ktoś powrzucał kopie).

This song makes me feel in love with someone who doesn’t exist.

To komentarz znaleziony w sieci który moim zdaniem świetnie oddaje jej nastrój jak i pozytywną melancholię wszystkich fanów. Jak słowa narysowane na piaszczystej plaży dopóki nie zmyje ich woda. Trochę romantyki, a co 😉

Artwork – sztuka okładki

Neonowa nazwa zespołu na tle nocnego nieba, która razem z księżycem rozświetla pochmurną ciemność. Tył oldschoolowego samochodu z włączonymi światłami, w których można rozpoznać sześciu żarówek. Mogą oznaczać sześć albumowych piosenek albo być przypadkiem. Do tego widoczna mgła która zawsze dodaje tajemniczości. Okładkę stworzył Tim z pomocą innego Taylora, tym razem Allena.

Nie znalazłem jakikolwiek powiązań, ale Days of Thunder wypada dokładnie tak dobrze jak film z Tomem Cruisem o tym samym tytule. Dynamiczny, odkrywczy i świetnie udźwiękowiony, który na dodatek załapał się produkcyjnie na końcówkę lat 80. Czyż nie?

Album premierę miał 15 Lipca 2014 na wtedy jeszcze mało znanym serwisie dla niezależnych artystów – Bandcamp. Chwilę po premierze na Instagramie zespołu pojawiło się poniższe zdjęcie, które w chwili gdy piszę te słowa ma 17 polubień… W tym samym czasie największe przeboje grupy po kilkanaście milionów odsłuchań w najpopularniejszych serwisach.

Na zawsze lata 80.

Dzisiaj chłopaki z The Midnight tu uznana marka i jeden z najbardziej reprezentacyjnych zespołów nurtu NewRetroWave. To hołd i deklaracja muzycznej synth-miłości dla lat 80. Z własnej perspektywy cieszę się ze byłem świadkiem i doświadczyłem albumu chwilę po jego premierze. Ominąłem to głupie uczucie i pytanie samego siebie czemu wcześniej tego nie znałem? Z miejsca stałem się fanem, a muzyka tego jak i kolejnych albumów towarzyszy mi od jej oficjalnych premier. Czas najwyższy było zebrać myśli i napisać o zespole trochę więcej, bo jak mało kto zasługują na większa rozpoznawalność. Recenzje kolejnych albumów, przy których okazji przybliżę sylwetki ich twórców znajdziecie pod tagiem The Midnight.

If we live forever, let us live forever tonight!

The Midnight – Los Angeles