Małe skoki bungee średnio mnie interesują, chyba że, znajdują się w jakimś ciekawym miejscu. Ten tutaj jest tego doskonałym przykładem! Pomimo że skok niski, bo tylko z 50 metrów, to jednak z platformy znajdującej się na zaporze wodnej, a ja lubię zapory więc to kolejna do kolekcji. Od nazwy miejscowości w której się znajduje, tama nazywa się Klaus, po prostu. Sama miejscowość w pełnej formie to Klaus an der Pyhrnbahn w Austrii. Zapora jest elementem elektrowni wodnej na rzece Steyr i została oddana do użytku w 1975 roku. Jej ogólna wysokość to 55 metrów, wiec na rampę do skoku musimy sobie zejść po drabinie.

Po moich wszystkich dotychczasowych przygodach, 50 metrów wydaje się mało przerażające jednak to tylko złudzenie. W czasach wszechobecnej pandemii ciągle nie da się zaszczepić przeciwko lękowi wysokości – a szkoda. Zawsze jest to samo uczucie towarzyszącego strachu, tak było i tym razem. Jednak proporcjonalnie do wysokości – najmniejsze ze wszystkich moich dotychczasowych przygód. Wiem też, że to 50 metrów tam zaliczone, zostanie moim najmniejszym skokiem bungee. Mam same rekordy wysokości, więc miło mieć i coś takiego małego w 'portfolio’.

Najstarsza firma w Austrii

Firma organizująca skoki powstała już w 1991 roku i razem z działalnością Rueprta Hirna, jest najstarszą w Austrii związaną ze skokami bungee. Ich głównym miejscem na skoki jest wiadukt kolejowy w Jauntal. Tama Klaus to rozwinięcie ich działalności o nową miejscówkę. Po raz pierwszy zaczęto tu skakać w 2007 roku. Sama miejscowość urokliwa – jak to wśród gór. Nawet bez adrenaliny jest tam co robić – o ile tylko lubisz aktywnie spędzać czas.

Przez koronę tamy prowadzi miejska droga, więc śmiało można przejechać i zaparkować dalej, jeśli na parkingu przy zaporze nie będzie miejsca. Krótka rejestracja, podpisanie dokumentów i możemy iść do kolejki. Jako że tama znajduje się niejako w centrum miejscowości, nie ma skoku bez gapiów i publiki. Bardzo dobre miejsca obserwacyjne z każdej strony. Można dobrze ustawić znajomych jako fotografów 😉

Dobra forma bardziej przyda się na powrót niż na skok!

Przed samym skokiem schodzimy na platformę. Przebywa na niej zawsze jeden skoczek. Krótka instrukcja i jazda! W moim przypadku nie było tutaj nowości, no, może poza tym, że załapałam się na maksymalną dopuszczaną wagę. Skok to chwila, zwłaszcza taki mały. Po uspokojeniu bujania liny i często braw publiki, zostaje nam podane wiosło! Tak, wiosło! To dlatego, że jesteśmy opuszczani na ponton, na którym kolejna osoba z obsługi nas odpina, wcześniej prosząc o złapanie się wiosła byśmy podczas opuszczania liny, nie wpadli do wody. Podpływamy do brzegu, życzymy sobie miłego dnia i ruszamy na krótki spacer przez drabinę i schody z powrotem na górę.

Mieli na miejscu mnóstwo opcji na materiały foto / video! Do wyboru, do koloru. O film zatroszczyłem się własną GoPro, ale zdjęcia z chęcią od nich kupiłem. Bardzo fajne perspektywy i jestem z nich zadowolony. Moje najmniejsze i najtańsze bungee, jednak skok to skok i choć na prawa fizyki wpływu nie mamy, to zawsze możemy się nimi pobawić.

PS tradycyjnie wszystkie potrzebne info do skoku dla zainteresowanych tutaj.

Adrenalina: 2/5 Strach: 2/5 Widoki: 2/5