Neonowa okładka albumu muzycznego zespołu The Midnight Endless Summer

Lato 2016. Świat zaczyna powoli odkrywać i zachwycać się serialem Stranger Things, którego pierwszy sezon zadebiutował na platformie Netflix. Donald Trump oficjalnie uzyskuje nominacje partii republikańskiej na kandydata na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Polska reprezentacja dochodzi do ćwierćfinału i dopiero w karnych ulega Portugalii, przyszłemu Mistrzowi Europy w piłce nożnej. Działo się dużo, jednak fani NewRetroWave zapamiętali to lato za sprawą jeszcze jednego wydarzenia. Premiery drugiego, tym razem kompletnego, pełnego albumu grupy The Midnight – Endless Summer.

Płyta wyczekiwana

Zespół The Midnight osiągnął popularność oraz zdobył fanów dzięki pierwszemu albumowi Days of Thunder. Kolejna płyta miała potwierdzić ich kompozytorski talent i zaprezentować znacznie więcej materiału niż poprzedniczka. Drugi album dla wielu artystów jest decydujący. Potwierdza talent albo tylko farta co do wcześniejszej. Oczekiwanie na Endless Summer może nie było ogromne i nakręcone, po prostu niecierpliwe. Jedynym plusem czekania na premierę, był wysp artystów odrodzonego synth popowego nurtu, których w tamtym czasie pojawiło się naprawdę wielu.

Endless Summer to album, który z zadania przywołania nostalgicznych dźwięków i ścieżek dźwiękowych filmów lat 80. wywiązuje się wyśmienicie. Z popkulturą, zwłaszcza ubiegłego wieku jestem dobrze obeznany, to jednak byłem i w sumie ciągle jestem zaskoczony ile inspiracji można z niej czerpać, by stworzyć album w stylu tej kolorowej dekady. Dekady lat 80. w której przecież ani Tyler Lyle, ani Tim McEwawn – założyciele zespołu, nie żyli. Dekady której muzycznych brzmień dnia codziennego w radiu i MTV nie doświadczali.

Gdy tworzyli piosenki na ten album byli nieco starsi niż ja obecnie pisząc ten tekst. Mimo że nie tworzę muzyki, czasem coś napiszę, to respekt dla nich za uchwycenie tego co przeminęło. Nie chodzi tylko o ten jeden album, ale o całą twórczość do dzisiaj.

Endless Summer – niekończące się syntezatorowe lato

Proste rzeczy są najfajniejsze, sprawiają radość, a ten album jest taką prostą i nieskomplikowaną radością. Oczywiście nigdy nie wrzucałbym takiego brzmienia do worka z muzyką ambitniejszą, także wrzućcie na luz jeden z drugim fani rocka. Praktycznie każda piosenka na Endless Summer wydaje się idealną ścieżką dźwiękową do filmów i seriali o nastolatkach. Dzieciakach które przeżywają swoje pierwsze miłości, nastoletnie wakacje i włóczą się bez celu ku zachodowi słońca.

Sam nie doświadczyłem dekady lat 80. gdzieś w amerykańskim miasteczku, ale dzięki takiej muzyce jestem sobie w stanie wyobrazić alternatywna rzeczywistość. Gorące lato, wakacje, BMX, znajomi i walkman w kieszeni z muzyką The Midnight, która mimo że stworzona w 2016 pasowałaby idealnie do 1986. Umysłowa podróż w czasie i nostalgia za czasem w którym nawet nie żyłem. Za ludźmi których nie poznałem i miłości której nie przeżyłem. Jak spojrzenie wstecz na życzeniowe życie.

Brzmienie synthwave lat 80. z autentyczną i czystą sztuką. Panowie z The Midnight pokazują tą płytą, że są całkowicie zauroczeni tego rodzaju muzyką i wyciskają z syntezatorów ile się da by pokazać swoje artystyczne spojrzenie na tę jakby nie patrzeć, nieco kiczowatą epoką. Jeśli wybrać najbardziej charakterystyczne elementy jakie tu usłyszymy, to są to zdecydowanie solówki na gitarze i saksofonie. Elementy które od tego albumu stały się ich rozpoznawalną wizytówką, oraz elementami linii melodycznych kilku hitów.

The Midnight – Sunset

Sunset dla The Midnight jest jak Take On Me dla a-ha, czy Every Breath You Take dla The Police. Wizytówka jedyna i niepowtarzalna. Co to był za flow na nią! Subkultura fanów lubujących się w takich retro brzmieniowych starociach oszalała. I to nawet nie podczas premiery albumu, ale już w maju 2016. To wtedy, dokładnie 13 w piątek, kilka tygodni przed albumem, Sunset został wydany jako singiel go promujący. Chociaż kalendarzowe lato miało wtedy dopiero nadejść, to fani zaczęli świętować i wiedzieli, że album będzie tym na co czekamy.

Sunset jest grana na koncertach jako ostatnia. Najgłośniejsza ze wszystkich, ponieważ poza zespołem śpiewa ją praktycznie cały klub. Hymn lata i młodości, który jako numer jeden zespołu został przypięty do nich prawdopodobnie już na zawsze.

Mnie Sunset kojarzy się z czerwcowym urlopem 2016 na Ibizie i poznaną tam dziewczyną, pozdrawiam Ania 🙂 Na klubowych parkietach królowały I took a pill in Ibiza i Don’t be so shy – dwa hity lata i swoją drogą świetne kawałki. Jednak to Sunset jest dla mnie soundtrackiem dla tamtych chwil i wspomnień umiejscowionych w konkretnym czasie i miejscu. Jestem takim typem człowieka, że kojarzę piosenki z ludźmi, wydarzeniami i miejscami. Cieszę się do dzisiaj z tamtego lata i każdemu życzę podobnych wspomnień napędzanych podobnymi melodiami.

Piosenki robiące różnicę

Poza piosenką zachodzącego Słońca moimi ulubionymi są The Comeback Kid i Jason. Comeback Kid to przyjemna melodia o historii dzieciaka, który po niepowodzeniach i dołkach nie poddaje się i mimo młodego wieku świadomy wraca do pełni życia. O mocno stąpającym po ziemi marzycielu, leżącym na łóżku i wpatrzonym w sufit swojego pełnego plakatów pokoju.

Z kolei Jason, który powstał z gościnnym udziałem Nikki Flores to metafora nocnego podrywacza i bawidamka. Gościa, którego sceną działań jest noc, a od którego dziewczyny powinny trzymać się daleka, wręcz uciekać. Takie wytłumaczenie pamiętam z jednego z wywiadów, które krótko po premierze albumu obejrzałem. Wbrew pozorom nie jest to piosenka o Jasonie Voorheesie, popkulturowej postaci z horroru Piątek Trzynastego. Należy jednak pogratulować komuś fanowskiej fantazji za to nieoficjalne wideo, jakie stworzył, a które zdobyło na YouTube popularność. W sumie pasuje i taka interpretacja. Nie tylko w tej piosence, ale ogólnie w muzyce i tekstach, które każdy odbiera i rozumie na swój sposób. Co jeszcze tej piosence nadaje stylu i wyjątkowości to to, że została zaśpiewana na głosy. Pierwsza zwrotka Nikki, druga Tyler, do tego harmonijne przegłosy i echa, które świetnie się uzupełniają.

Twórz wspomnienia

Album nie bez powodu kończy się piosenką Memories. Mimo że nieco przesadzili tutaj z programem autotune, jest ona wspomnieniem szalonego lata, które wydawało się nieskończone. Wracamy powoli na uczelnie, do szkół i pracy. Dni stają się coraz krótsze, noce dłuższe, a wspomnienia jakie nam po nim zostały, umocni tylko czas i kolejne tygodnie.

Summer days are growing colder, we’ll know better when we’re older…

The Midnight – Memories

Dokładnie tak jak w tekście, dopiero gdy dorośniemy, zrozumiemy czy to co latem ‚odwaliliśmy’ było dobre czy złe. Czy zostaną dobre wspomnienia na zawsze, czy wyłącznie nasza ucieczka od nich.

Śledząc opinie fanów w sieci, album Endless Summer jako całość jest kamieniem milowym dla obecnego nurtu synthwawe. Z perspektywy czasu zgadzam się również z większością ludzi, że kawałki JasonSunset, tytułowy Endless Summer, super saksofoniczny Vampires i wysokie Memories to jedne z najlepszych stworoznych do tej pory przez zespół materiałów.

W świecie synthwave, nieco mrocznego gatunku gdzie dużo piosenek to wyłącznie wersje instrumentalne, kompozycje The Midnight ze świetnymi tekstami, wokalem i przebojowością robią różnicę. Dlatego, jeśli jesteś, chociaż w małym stopniu zainteresowany muzyką elektroniczną i lubisz brzmienie syntezatorów, The Midnight jest tym, czego w swoim życiu potrzebujesz. Z kolei Endless Summer pierwszą płytą, od której jako ‚zielony’ powinieneś moim zdaniem zacząć.

Artwork – sztuka okładki

Artwork okładki to oświetlona neonem Endless Summer talia kobiety. Wygląda jak ekran startowy 16-bitowej gry wydanej na pierwsze konsole Nintendo. Ewentualnie stopklatka wypożyczonego filmu, gdy ktoś na odtwarzaczu VHS wcisnął przycisk ‚pause’ a obraz przykryły zniekształcenia.

Więcej o zespole i ich muzyce znajdziecie pod tagiem The Midnight. Pozdrawiam fanów 😉

Koncert zespołu The Midnight w klubie Endless Summer
The Midnight podczas koncertu.