W świecie cyfrowej muzyki wszystko jest tak perfekcyjne w odbiorze, że czasem ma się ochotę na coś niedoskonałego. Ucieczkę od rzeczywistości w świat szumów, trzasków i zakłóceń do płyt winylowych. Również ochotę do posiadania, ponieważ coraz więcej rzeczy istnieje tylko wirtualnie, nienamacalnie. Pierwsze sekundy gdy igła szoruje po płycie, charakterystyczny szum i oczekiwanie na pierwszy takt. Miłe doświadczenie, które patrząc po rosnącym rynku płyt winylowych, dostrzega coraz więcej osób.

To nie będzie kolejny (przeglądając Internet) wpis w kontekście technicznym. Pomijając typowe dyskusje audiofil, o wyższościach takich czy takich źródeł dźwięku, skupię się na nieco innej otoczce tego czarnego krążka. Sam posiadam trochę ulubionych rzeczy na takich płytach, ale nie nazwałbym się kolekcjonerem.

Z innej perspektywy

Moim zdaniem słuchanie muzyki z winyli jest nie tylko świętem muzyki, ale i wolnego czasu. Małą ucieczką od szybkiej cyfrowej rzeczywistości i takim oddechem spokoju w technologicznym biegu. Technologii, która z roku na rok dynamicznie się rozwija i gna do przodu. Za to przy produkcji płyty winylowej i jej odtwarzaniu nic się nie zmieniło od lat. Mimo to przeżyła już młodsze formaty jak: kasety czy płyty kompaktowe.

Teraz, już!

Od czasów, gdy płyty winylowe rządziły na rynku, dużo się zmieniło. Nie tylko w dostępie do nagrań ale i w ich odbiorze. Konsumujemy muzykę w całkowicie inny sposób niż kiedyś i nie wsłuchujemy się w nią tak, jak robiły to starsze pokolenia.

Mamy do niej nieograniczony dostęp i środki. Możemy pauzować, przewijać i wracać jednym kliknięciem lub dotykiem do tego, co chcemy. Muzyka w każdych mediach o nieograniczonym dostępie. Spotify, YouTube, własne legalne i nielegalne playlisty i kolekcje na telefonie czy komputerze. Wszystko to funkcjonuje tak samo „wygodnie” i łatwo. Ogólnie rzecz ujmując mamy je na żądanie tak jak chcemy i kiedy chcemy. Inaczej ma się sprawa z tymi ogromnymi winylami. Na tę starą technologię potrzeba czasu i wyrozumiałości. Cały ten rytuał z wyciąganiem płyty z opakowania, obchodzenia się z nią delikatnie, czyszczenie itp. Tutaj nie ma opcji „natychmiastowej” do słuchania, trzeba się z nią trochę pomęczyć i mieć czas by wszystko zagrało.

A gdy masz czas sobie poleżeć czy posiedzieć w wygodnym fotelu i posłuchać muzyki z takiej płyty, to przynajmniej dla mnie zawsze znaczyło, że życie w miarę ułożone. Wszystko bez pośpiechu i trochę leniwie w takim muzyki słuchaniu. Potrafimy się bardziej skupić na kolejnych utworach ponieważ nie chce się nam ruszyć tyłka, by fizycznie zmienić płytę albo piosenkę na następną. Niech sobie gra, jedna po drugiej, dokładnie tak jak to było w założeniu artysty przy tworzeniu, gdyż kolejności piosenek nigdy nie była wybierana przypadkowo. (Przeważnie tworzyły kompletne muzyczne historie i starały przekazać się to co artysta chciał. Z tym że kto to dziś pamięta?)

Wracając do wolnego czasu, to wiem, że o takie podejście coraz ciężej, bo każdego w jakimś tam stopniu życie dopada. Dlatego cały w tym urok. Do tego igła, delikatny mechaniczny element, która ciągnie się po rowku obracającej się płyty. Widzimy skąd ta muzyka dochodzi i jak się wydobywa. Dla niektórych to nieco hipnotyzująca magia, która jest niewidoczna przy mp3 i streamingach. Nawet wśród młodych ludzi, obracająca się płyta budzi zainteresowanie.

Kultura słuchania

Wygodna kanapa, szklanka whisky, albo kieliszek wina i włączamy muzykę. Tylko skąd? Odtwarzacz i głośniczek bluetooth bardzo wygodny ale do tego składu i powiedzmy jakieś romantycznej historii bardziej mi pasuje winyl. Trochę ma więcej klasy i atrakcyjności. No dobra, może trochę popadam w skrajność, ale… to tak jak ze sztucznym ciepłem i prawdziwym ogniem. Oba grzeją, ale kominek wygląda lepiej od kaloryfera. Ogólnie fajny, interesujący rytuał z tym wyciąganiem płyty, ale też nie chcę robić z niego nie wiadomo czego. Po prostu potrzebna mi była wzmianka o nim dla całego tekstu 😉

Niepraktyczny prezent

Winyle z muzyką zawsze lubiłem dawać na prezent nawet gdy ktoś nie miał odtwarzacza. Są osoby które złapały na nie zajawkę ale są i płyty które teraz leżą i się kurzą. Nieważne, bo w momencie otwierania paczki zawsze wywoływały pozytywne zaskoczenie. Z jednej strony niepraktyczny prezent, ale z drugiej, sprawiający niesamowitą frajdę, no bo to coś nieznanego i obcego. Jedynie co się zastanawiałem, to czy dać kawałek siebie na płycie, czyli coś co ja lubię, czy kawałek tej osoby, czyli to co tamta osoba słucha. Przeważnie na zasadzie posłuchaj i mnie poznaj, stawiałem na siebie.

Abstrahując. Sobie też można praktycznie kupić nowe ciuchy i w nich chodzić długo. Można też za to samo skoczyć na bungee (o czym w zakładce adrenalina). Spodni czy butów wtedy nie będzie, ale wspomnienia i wrażenia nie do porównania.

Wraca moda, już wróciła?

Ciężko stwierdzić. Na pewno cześć ludzi kupuje właśnie na samo hasło „moda” i na siłę stara się być hipsterem. Nie od dziś wiadomo, że gramofon w domu to +10 do szacunku 😉 Co nie zmienia faktu, że akcje dyskontów typu Biedronka czy Lidl, które wprowadzały okazyjnie płyty winylowe do swojego asortymentu są na plus. Podobnie z producentami elektroniki, każdy chce mieć w ofercie gramofony.

Na pewnym forum na temat wracającej mody na winyle ktoś napisał: „Chciałbym by wróciła moda na dobrą muzykę”. To nie tak, że jest jakaś tragedia teraz, ale to zdanie dobrze podsumowuje postrzeganie płyty winylowych. Ludzie są sentymentalni i lubią wracać lub posiadać takie rzeczy. Jakaś nostalgia? Sentyment? Może osławione „Kiedyś było lepiej?” 😀 Nie wiem. Myślę, że wszyscy, którzy zbierali takie płyty, robią to nadal, bez względu na zachowanie rynku. Każdy kto posiada chociaż jedną, może zadać sobie pytanie: dlaczego kupił i po co mu ona? Chyba że dostał ode mnie w prezencie, wtedy nie musi odpowiadać 😉

Anegdota. Teraz dzięki technologii łatwo dzielić się muzyką. Płyty winylowej nie zabierzesz i nie pożyczysz komuś do posłuchania w samochodzie czy w szkole. Ale na domówkę do kogoś kto ma odtwarzacz, już tak. Jednak nie wszyscy je noszą i zabierają ze sobą bo (za) bardzo je szanują i traktują jak relikty. W sumie to rozumiem takie osoby. Wojciech Mann kiedyś w tym kontekście fajnie powiedział: „Na prywatki miałem dublety albo te mniej ważne. To było nieuniknione. Jak Ci zalali płytę owocowym winem bardzo słodkim stołowym, no to był koniec. Ona jeszcze raz zagrała, a potem się tylko lepiła do palców”.

To co, ktoś robi domówkę? Przyniosę swoje płyty winylowe bez strachu, nawet jeśli będziecie mieli to słodkie wino 🙂