Sandra Cretu Urocza Niemka dla oka i ucha

Sandra Cretu wdarła się do świadomości pokolenia lat 80. dokładnie w taki sam sposób, jak to uczyniła z listami przebojów. Przybyła znikąd i od razu stała się gwiazdą największego formatu. To przybycie „znikąd” tak całkiem nie było, ale wtenczas w Polsce, Sandra była całkowicie świeżą artystką. Tylko co bardziej dociekliwi odkrywali, że ta niby nowa artystka, to w zasadzie już jej drugie wcielenie, tylko bardziej dopracowane, przez co bardziej zauważalne. Sandra rozpoczęła swoją przygodę z muzyką w żeńskim trio Arabesque i powiedzmy szczerze, radziła sobie tam dość dobrze. W Niemczech i Japonii miała nawet status gwiazdy, a kilka piosenek gościło na lokalnych listach przebojów. Sporo zawdzięczała niemieckiemu programowi Musikladen, gdzie systematycznie dopuszczano jej zespół do występów.

Wszystko zmieniło się z dwiema rzeczami, które naszły na siebie w idealniej konfiguracji i w odpowiednim czasie. Lata 80. wraz z falą new romantic całkowicie przekształciły scenę muzyki pop. Grupy żeńskie, a zwłaszcza tria typu: Pussycat, A la Carte, Luv, a w tym także i Arabesque przestały liczyć się w świecie wydawniczym. Wszystko trąciło starocią i zapotrzebowanie było tylko na nowe brzmienie. Jednym z prekursorów nowych form w niemieckiej pop muzyce był Micheal Cretu. Tak się złożyło, że dołączył on do zespołu Arabesque jako muzyk i producent. Dość szybko jego sprawne oko i ucho, zostało oczarowane młodziutką Niemką. Sandra odwzajemniła jego miłość i tak oto z połączenia dwóch talentów w otoczce miłości, Cretu przy pomocy Sandry rozpoczął urzeczywistnianie swoich muzycznych wizji.

Sandra – The Long Play (1985)

To, że płyta odniosła olbrzymi sukces zawdzięczać może doskonałemu przygotowaniu od strony marketingowej. Micheal postarał się, by cała płyta złożona była z doskonałych melodyjnych piosenek łatwo zapamiętywanych. Postarał się, by brzmienie było jak najnowocześniejsze. Pozyskał do współpracy ludzi najlepszych w branży. Sandra zaś mogła błysnąć swoimi zamiłowaniami do mody i stworzyła własną kreację sceniczną. Płyta została wydana w 1985 roku, od razu stając się przebojem. Z niej wyłuskano trzy piosenki na single. (I’ll Never Be) Maria Magdalena, In the Heat of the Night i Little Girl. Sukces debiutanckiego singla przerósł oczekiwania, a piosenka stała się wizytówką artystki! Większość kolejnych piosenek komponowanych dla niej, opierano, choć w jakieś części o brzmienie z tego pierwszego singla. Trochę to w przyszłości obniżyło loty, gdyż Sandra muzycznie była przewidywalna z płyty na płytę, a trudno było coś zmienić. Zwłaszcza, dopóki się to dobrze sprzedawało, nie widziano nawet potrzeby na korektę stylu.

Wracając do pierwszej płyty Sandry. Zawiera ona osiem kompozycji i każda z tych piosenek była w jakimś stopniu mniejszym lub większym przebojem. Na przykład Sisters and Brothers – piosenka poświęcona swojemu bratu. Pamiętam, że cieszył się ten kawałek sporym powodzeniem na dyskotekach, a raczej nie był przewidywany w promocji przez sztab marketingowy Sandry jako potencjalny hit. Inne piosenki z pewnością również zyskiwały lokalnie większą sławę niż przewidywano. O oczywistych trzech wielkich singlowych hitach można by rozpisywać długo same ochy i achy. Dodać należy do tego, że wydanie tych singli, pokrywało się z pokazaniem w MTV teledysków do nich. To tylko podwajało sprzedaż wszystkiego co z artystką było związane. Sandra błyszczała jako kobieta, błyszczała jako piosenkarka. To głównie obraz z pierwszego okresu jej kariery tak bardzo zapadł nam w pamięci, że dziś o niej mówimy jako o jednej z największych ikon popkultury lat 80..

Sukces mimo konkurencji

Sandra ze swoją płytą idealnie wpasowała się w ’85. Rynek niemiecki wtedy szalał w Europie. Pamiętajmy, że tego samego roku zapisano debiut takich artystów jak: Modern Talking, Bad Boys Blue i C.C.Catch. Mówimy tu tylko o muzykach z rodowodem z Niemiec. Tym bardziej należy się Sandrze uznanie za sukces. Pomimo dużej konkurencji, nie tylko zdołała się przebić, ale razem z wymienionymi narzucała styl dla całej muzycznej pop Europy.

Sandra – Mirrors (1986)

Drugą płytą Sandra potwierdziła swoją pozycję super gwiazdy. Kolejne single to kolejne wysokie notowania na listach oraz popularność w klubach tanecznych. Spotkałem się z krytyką płyty Mirrors (1986), której przyznam się – nie rozumiem. Nie dostrzegam absolutnie na niej spadku jakości czy braku przebojowości. Wydaje mi sie nawet jeszcze lepiej dopracowana, a zamykająca całość ballada Loreen urzeka swoim klimatem. Hi Hi Hi czy też Don’t Cry, nie wspominając o prawie klonie Marii Magdaleny Innocent Love wszystko tu brzmi bardzo dobrze i co najważniejsze w takiej muzyce – przebojowo. Zarzut, że mimo wszystko już podobne rzeczy słyszeliśmy na pierwszej płycie, wrzucam między sterty śmieci. No pewnie, że słyszeliśmy!

To samo moglibyśmy napisać o setkach zespołów, które na drugiej płycie brzmią tak samo, jak na pierwszej. W rocku progresywnym zapewne byłaby to wada, ale u diabła obcujemy tu z muzyką pop. Te piosenki powstały dla ludzi, by cieszyć chwilą ich słuchania, czy tańczenia. A jak się znudzi, to jutro będzie nowa piosenka, czyli kolejna chwila muzyki stworzonej, by dać radość słuchaczom. Ulotność gwiazd muzyki pop jest powszechnie znana i nikt nie robi z tego tragedii. Tylko nielicznym udało się wznieść powyżej przeciętności i zapaść w pamięci tym, którym z różnych powodów akurat w okresie swojej młodości (głównie) mieli okazję w otoczeniu własnych przeżyć słuchać tych artystów. Jedną z tych niezapomnianych jest właśnie Sandra. Prześliczna dziewczyna z Niemiec, która dzięki swojemu mężowi Michaelowi, oraz oryginalnej barwie głosu, nadała swój własny kolor epoce lat 80.

Twarzyczka nie do zapomnienia, muzyka do przesłuchania

Warto zaopatrzyć się w płyty tej piosenkarki, bo to naprawdę fajne kompozycje do tego we wspaniałym klimacie lat 80…. a w zasadzie poprawniej powinienem napisać – tworzące klimat lat 80. Polecam najlepiej jakąś składankę z serii „Best of” ale dla koneserów nie widzę innej rady jak nabyć pierwsze jej trzy płyty, a dwie wymienione to wręcz obowiązkowo. Oczywiście jako trzecią traktuję tu Into A Secret Land (1989). Płytę składankową Everlating Love warto mieć tylko dla piosenki tytułowej, która w zasadzie jako jedyna jest nowością. Oczywiście Everlasting Love jest coverem grupy Love Affair. Sandra jeszcze w przyszłości kilka razy sięgnie po cudze kompozycje, robiąc z nich ponownie spore przeboje, choćby Nights in White Satin czy Hiroshima, ale na razie pominę ich opisy.

Obecnie o artystce anno domini 2013 trudno napisać coś pozytywnego. Zamknięta we własnym świecie odcina kupony od byłej popularności. Występuje często robiąc za wielką gwiazdę i jako jedyna śpiewa z playbacku w jakiś sposób tym samym podważając to gwiazdorstwo. Głos niestety niepielęgnowany stracił swój urok i moc. Po drodze były w jej życiu dodatkowo zakręty więc to wszystko zaowocowało spadkiem formy. Sandra pozostanie ikoną (głównie europejską) lat 80. To ona wraz z mężem kreowała nam wspomnienia i dla wielu z nas, to z jej muzyką zawsze kojarzyć się będą dni beztroskich zabaw i młodzieńczych szaleństw na parkietach dyskotek. Warto zauważyć, ze Sandra jako przedstawicielka nurtu tanecznego w muzyce pop nagrała muzykę spokojnie wykraczającą poza parkiety sal tanecznych. Warto o tym pamiętać i przypadkiem nie przylepić jej łatki gwiazdy muzyki disco. Wielokrotne próby ponownego wdarcia się na listy przebojów spełzły na niczym.

Piękna Niemka

Płyty wydawane po roku 1990, pomimo wielu nawiązań, niestety sporo odbiegają już od klimatu tych pierwszych. Jak widać po raz „enty” nie udało się w przypadku tej wokalistki odgrzać kotleta. Na początku lat 90. był jeszcze na swój sposób, wręcz genialny projekt muzyczny Enigma, ale to już była inna bajka i opowieść na zupełnie inny tekst…

sandra cretu urocza Niemka dla oka i ucha