„My Take on Me” to autobiografia Mortena Harketa, jednego z członków zespołu a-ha. Premierę miała 11 kwietnia 2016 roku tuż przed rozpoczęciem europejskiej trasy koncertowej „Cast In Steel”. Świetnie spisane wspomnienia: zaczynając od dzieciństwa i dorastania kończąc na początkach i sukcesie a-ha z wieloma anegdotami i ciekawostkami. Książka nadająca historii albumom i piosenkom. Niestety premierowo wydana jedynie po niemiecku, później przetłumaczona na język portugalski przeznaczony na rynek Ameryki Południowej.

Myślę że treści mogą chronić jakieś wydawnicze umowy dlatego nie ma jej chociażby po angielsku. Nie oszukujmy się, to w tym języku najlepiej dałaby sobą zarobić „na fanach” . Poniższe tłumaczenie jest moim prywatnym tłumaczeniem, które po premierze wykonałem dla polskich fanów i znajomych z forów muzycznych.

Samo rozumienie książki jest dość „proste” jeśli tak można o języku niemieckim napisać hehe. Tłumaczenie tego na polski by miało jakąś formę i dało się sprawnie przeczytać wymaga już czasu i dobrych zdolności lingwistycznych. Niemieckiego ciągle się uczę więc przetłumaczenie całej książki było by karkołomnym wyzwaniem, wystarczy że podczas czytania niejednokrotnie sięgałem do słownika. Dlatego są to tylko małe fragmenty. Mimo to zapraszam na kilka słów „tego” chłopaka z teledysku 😉

Książka kończy się na słynnym koncercie a-ha w Rio w 1991 roku. Wtedy Morten z „Living A Boy’s Adventure Tale” staje się w wieku 31 lat, jak sam przyznaje dorosłym mężczyzną. Domniema, że o następnych latach trzeba by było napisać jeszcze jedną, co aktualnie po premierze „Hjemkomst” (wrzesień 2019) się sprawdziło.

Morten Harket – „My Take on Me”

Moja fascynacja orchideami była tylko częścią mojej miłości do natury. Podziwiałem nie tylko kwiaty, lecz również zwierzęta i owady, szczególnie motyle, są przepiękne z cała swą subtelnością i lekkością. Gdy miałem trzynaście bądź czternaście lat, wybieraliśmy się w rodzinną wycieczkę; rodzice, starszy brat Gunvald, młodszy brat Hakon i ja. To była moja pierwsza wyprawa za granicę i byłem nią naprawdę poruszony. Rodzice planowali pokazać nam najważniejsze kulturowo miejsca i zabytki kontynentu, lecz ja, miałem inne rzeczy w głowie. Do map, przewodników, namiotu i innych rzeczy, które zapakowane były w bagażniku, dorzuciłem jedną rzecz, która nadawała mi całej wyprawie celu i sensu, siatkę na motyle. Zwiedziliśmy przez trzy tygodnie pół Europy; Szwecję, Niemcy, Austrię, Szwajcarię, Belgię, Holandię i Francję.

Z całej wycieczki, bardziej niż wszystkie interesujące miejsca w pamięci zapadała mi Paź królowej, którą pewnego dnia odkryłem. Cudowne czarno-żółte stworzonko z dwiema kropkami tak rzadkie, przynajmniej wtedy, że spotykane jedynie w południowej Europie. Byłem strasznie podekscytowany, gdy go schwytałem… Moja miłość do natury, która rozwinęła się w dzieciństwie, nie opuściła mnie i na swój sposób ciągle mnie zaskakuje. Czułem się głęboko zaszczycony, gdy nowy gatunek storczyka został nazwany po mnie Liparis Harketii. Roślina została odkryta przez niemieckich naukowców w Ruandzie i choć życiu wygrałem wiele nagród, to wyróżnienie jest z nich największe.

Morten kucharz

Dzięki mojej mamie nauczyłem się gotować. Jako dziecko strasznie interesowało mnie przyrządzenie posiłków na różne sposoby, szczególnie pieczenie. Tak jak już wcześniej wspomniałem, miałem dość zręczne ręce, które nadawały się świetnie do pieczenia chleba. Z prostych składników zrobienia czegoś pysznego. Konsystencja samo-robionego chleba zależy od tego, jak wyrobisz ciasto, doświadczanie tego naprawdę mi się podobało. Jako nastolatek piekłem dość dużo, przede wszystkim różne rodzaje chleba. Było to dość przydatne, gdy wraz z Paulem i Magne przeprowadziliśmy się do Londynu, gdzie praktycznie musieliśmy żyć z niczego. Paul jest fantastycznym muzykiem, pisze świetne teksty, ale jego umiejętności gotowania są tragiczne. Raz z resztek w naszej spiżarni: mąki i zeschniętych warzyw próbował zrobić chleb kapuściany. Gdybym nie zareagował w odpowiednim momencie, nie mielibyśmy tamtego wieczoru nic do jedzenia.

Dziewczyny i motyle

Byłem jednym z tych dziwnych dzieciaków, który uwielbiał motyle. Jeśli chodzi o dziewczyny, byłem nieśmiały i za bardzo nie wiedziałem jak mam się z nimi obchodzić. Dlatego jako nastolatek bardziej interesowałem się owadami niż nimi. To zmieniło się pewnego dnia, gdy miałem szesnaście lat. Skończyliśmy zajęcia sportowe i rozbierałem się w kabinie, by wziąć prysznic, gdy nagle-błysk! Jeden z klasowych kolegów, który właśnie biegał z aparatem robiąc wszystkim sesję niespodziankę, uchwycił również mnie. To działo się tak szybko, że nawet nie zdążyłem zakryć się ręcznikiem bądź co najmniej dłońmi…

Gdy następnego dnia wszedłem do sali lekcyjnej, grupka uczniów kłębiła się pod jedną ze ścian coś obserwując. Przepchałem się do przodu, by zobaczyć co jest tam do oglądania, to byłem ja. Na czarno-białej odbitce, w całkowitej okazałości niepozostawiający nic dla wyobraźni. Koleżanki z mojej klasy obejrzały to zdjęcie bardzo dokładnie i wydawały im się podobać. Gdy tylko zorientowały się że stoję tuż za nimi, rozszedł się po klasie szept podziwu. To była piękna chwila, mniej więcej wtedy zacząłem interesować się dziewczynami w co najmniej takim stopniu jak motylami czy orchideami.

Szczególny prezent

14 września 1982 roku byłem w domu, gdy ktoś zapukał w drzwi. Nie były to pierwsze odwiedziny tego dnia, gdyż obchodziłem właśnie urodziny. Tę konkretną wizytę można odebrać jednak mocno symbolicznie. Za drzwiami stali Paul i Magne, a w prezencie wręczyli mi yucca-palme, która do dziś stoi w domu moich rodziców. Dzisiaj jest dla mnie symbolem, który przypomina mi tamten dzień, nie ze względu na moje urodziny, lecz na potwierdzenie przyjęcia mnie do zespołu.

Pamiętna noc…

Następne spotkanie miało odbyć się w firmie Lionheart Music, było to wydawnictwo muzyczne. Współpraca z wydawnictwem była alternatywą dla typowego kontraktu płytowego, kupując prawa do piosenek pomagali jednocześnie podpisać zespołowi kontrakt z wytwórnią. Zdarzało się, że wydawnictwo płaciło również za wersje demo, gdy tylko uznawali, że byłoby to w ich interesie. Wstępne porozumienie z Lionheart Musick było już uzgodnione wcześniej, podczas pierwszego pobytu Paula i Magne w Londynie, więc Magne umówił telefonicznie jedynie termin. W tamtym momencie wszystko wyglądało dość dobrze.

W noc przed spotkaniem, sprawy wymknęły się jednak nieco spod kontroli. Paul gdzieś znikł więc w mieszkaniu zostaliśmy Magne i ja. No może nie do końca sami. Były z nami dwie Włoszki, które poznaliśmy na początku naszej wspólnej tułaczki po londyńskich hotelach. Spotkaliśmy je jeszcze potem kilka razy i spontanicznie zaprosiliśmy je do nas. Magne znalazł gdzieś butelkę koniaku, którym chcieliśmy uczcić ten jak na razie, dobry dzień. Było świetnie, śmialiśmy się razem i flirtowaliśmy, ale do niczego nie doszło, gdyż wraz z Magne byliśmy prawdziwymi dżentelmenami.

Gdy dziewczyny zbierały się do wyjścia Magne postanowił zorganizować im taksówkę i nim zdążyliśmy się zorientować był już w skarpetkach na ulicy. Właśnie jedna skręcała w naszą ulicę, gdy Magne który być może wypił o łyk koniaku za dużo, przeskoczył przez stojące samochody, by ją zatrzymać i wylądował dokładnie przed maską zatrzymującej się z piskiem opon taksówki. Wyglądało to dość imponująco. Na nasze nieszczęście z zainteresowaniem przyglądał się temu policjant, który chwile potem aresztował Magne na noc za zakłócanie porządku.

…i początek legendy

Z jego opowieści, jeśli dobrze pamiętam, spędził w celi wraz z prostytutką i Irlandczykiem dość szybko orzeźwiające godziny. W międzyczasie Włoszki pojechały do domu, a Paul, któremu opowiedziałem co się stało wrócił do domu. W rezultacie tego (samego w sobie dość śmiesznego) wieczoru następnego ranka jeden z nas (ja) musiał sam udać się na spotkanie z Lionheart Music, a drugi (Paul) odebrać Magne z komisariatu płacąc 25 Funtów co w naszej sytuacji finansowej było dość znaczącą sumą.

Na spotkaniu starałem się zastąpić nas wszystkich, człowiek, z którym się widziałem nazywał się Hugh i wydawał się sympatyczny. Nie był tak arogancki, jak człowiek z DECCA, bo gdy tylko zapytałem, czy chce odsłuchać dema, nie pokazał na stos leżących kaset tylko odpowiedział: „oczywiście!”. Musiałem się uśmiechać kiedy ich słuchał, ponieważ miałem przeczucie że mu się spodobają. Te dni, gdy wszystko się udaje wydają się nadzwyczajne, i po prostu to czujesz. Chciałbyś coś komuś przerwać i wyjaśniać, ale wystarczy zamknąć usta, nie odzywać się, zostawiając innych w spokoju. Nie wiem jak dokładnie i ile przesłuchał nagrań, ale w pewnym momencie nacisnął przycisk stop, odwrócił się do mnie i powiedział: „myślę, że możemy coś z tym zrobić”. „Myślę, że tak” odpowiedziałem.

Dziewczyna z teledysku „Take On Me”

Aktorką, która została wybrana do roli młodej dziewczyny była tancerka baletowa Bunty Bailey. Była naprawdę fantastyczną i piękną dziewczyną, od razu wpadliśmy sobie w oko i tak jak życie bierze czasem sztukę za wzór, tak i my zostaliśmy parą. W teledysku jest scena, w której Bunty wraca do rzeczywistości, siedzi wtedy na podłodze w kawiarni, wszyscy na nią patrzą a ona wyciąga komiks ze śmieci i rusza do domu. Podczas jej kręcenia stałem specjalnie na zewnątrz by móc ją złapać, gdy tylko szybko wybiegnie. Rzekomo stałem tam tylko dlatego by nie wpadła pod samochód, dla bezpieczeństwa. Tak naprawdę nastawiony byłem na to by wpadła mi w ramiona. Musieliśmy tak stać wzajemnie wtuleni dość długi czas, ponieważ pamiętam, gdy Steve Barron powiedział, że wszystko jest już w porządku i mogę ją puścić. Śmiał się, gdy tylko zrozumiał, o co chodzi.

Ulubiona płyta?

Albumem „Scoundrel Days” chcieliśmy pokazać kim jesteśmy. To płyta, która przekazuje ducha zespołu i dlatego zalicza się do tych, z których jestem najbardziej dumny, myślę Magne i Paul również. Fakt, że podczas naszego tournée w 2010 graliśmy sześć z dziecięciu piosenek albumu najlepiej o tym świadczy i pokazuje jak przetrwała te wszystkie lata.

Każda piosenka ma swoją własną historię. Niektóre z nich potrzebują wielu lat i niezliczonych wersji do ostatecznego brzmienia, inne powstają dynamicznie w bardzo krótkim czasie. Tak właśnie było z tytularną naszego trzeciego albumu „Stay on these roads” Pamiętam bardzo dokładnie jak powstała. Byliśmy we trzech w domu Paula w Kensington. Magne siedział przy fortepianie próbując stworzyć kilka nowych dźwięków, zaprosił mnie bym usiadł obok niego i zachęcił bym stworzył jakąś melodię; „Morten, w Tobie musi siedzieć wiele piosenek” powiedział „chodź spróbuj”

Nie zdarzało się to często bym był zapraszany do wspólnej pracy, ale wiem dokładnie, że gdy tylko usiadłem i zanuciłem, natychmiast powstała melodia, która stała się potem częścią piosenki. Magne również miał kilka pomysłów i w kilka chwil z niczego stworzyliśmy refren. Wszystko szło bardzo szybko i sprawnie, Paul napisał pasujący tekst i kawałek był wkrótce skończony. „Stay on these roads” podobnie jak „Take on me” był we wczesnych latach jednym z niewielu numerów, przy którego kompozycji mieliśmy równy udział.

O samym sobie

Jednak za ścianą idyllicznego życia sytuacja wyglądała z goła inaczej niż mogłoby się wydawać. W rzeczywistości Camilla i ja rozstaliśmy się nim się pobraliśmy. Oboje szliśmy swoimi własnymi drogami, lecz pewnego razu Camilla zadzwoniła oznajmiając, że jest w ciąży. Nie uważam, że oczekiwała w związku z tym by coś się między nami zmieniło/poprawiło, po prostu uważała że powinienem wiedzieć. Lecz była to dla mnie tak niesamowita niespodzianka i coś tak bardzo pozytywnego, że oboje doszliśmy do wniosku by kontynuować nasz związek. Krótko potem, pobraliśmy się.

Chciałbym coś jasno wyjaśnić, jestem najnormalniejszym zwykłym człowiekiem i zawsze taki byłem. Wszystko, co mogłem w swoim życiu szczęśliwie robić i ze względu na popularność przeżyć, nie zmieniło w kwestii kim jestem nic. Zmieniło się jedynie to, jak postrzegają i odbierają mnie inni. Przez ostatnie 30 lat doświadczyłem tego we wszystkich możliwych i niemożliwych sytuacjach. Wzbraniam się przed ocenianiem ludzi jako ogółu, widzę indywidualności i przede mną zawsze stoi osoba, nigdy kształt czy możliwość.

Dwie anegdoty ode mnie

Morten w wieku 9 lat był świadkiem katastrofy lotniczej małej Cessny. Podróżował wtedy samochodem z tatą i bratem, kiedy zaczęła spadać z nieba. Tata jako lekarz zawrócił i wszyscy razem udali się na miejsce wypadku. Po 13 latach okazało się, że w tej katastrofie zginął ojciec Magne. Przyznam szczerze, że dopiero z książki się o tym dowiedziałem, nieprawdopodobna historia że po wielu latach stworzyli zespół.

Teraz coś śmieszniejszego. Podczas pewnego koncertu na katolickiej uczelni kobiecej, mającego miejsce podczas pierwszej trasy koncertowej zespołu w USA (lato/jesień 1986) „grzeczne” dziewczyny tak mocno szalały, że dziekan w pewnym momencie wszedł na scenę, zabrał Mortenowi mikrofon i ogłosił, że koncert skończony. Muzyka zamarła. Krzyczał by zapalić światła, ale gdy tylko zrobiło się jasno i zobaczył półnagie dziewczyny zmienił zdanie i kazał je z powrotem natychmiast zgasić. Jak wspomina Morten, było komiczne i nikt z zespołu przez dłuższą chwile nie wiedział co ma robić.