skok na linie do kanionu

Z powodu paranoi związanej z covid-19 na Canyon Swing musiałem poczekać dłużej niż chciałem. Światowa pandemia miała wpływ na ilość zamkniętych rozrywek czy państwowych granic. Także wiosnę i połowę letniego sezonu 2020 trzeba uznać za straconą chyba w każdym aspekcie, szczególnie podróżniczym. Prawdopodobnie każdego z nas w jakiś sposób dotknęła ta sytuacja. Kwarantanny, skromniejsze życie towarzyskie czy kulturowe. Na szczęście, gdy piszę te słowa, świat powoli wraca do normy, a my wszyscy do pełni życia!

Pełnia życia i Ryzyko

Pełnia życia. Chyba każdy ma własną definicję tego stwierdzenia. Dla mnie, jak już część zdążyła zauważyć pełnia życia to emocje. Wszystkie emocje. To dla nich żyjemy, a strach jest tak samo naturalny jak stres, zdenerwowanie czy miłość. Z każdą z nich musimy się zapoznać by być życiowym i emocjonalnie doświadczonym człowiekiem. To nas buduje i jesteśmy tym co przeżyjemy. Jednak wiem też, że naturą człowieka jest niewychodzenie ze strefy komfortu i narażanie się na zbędny stres, nerwy czy niebezpieczeństwa. Chyba wszyscy tak mają. Ja jednak to nie wszyscy, dlatego, gdy tylko otworzyły się granice, czas było spróbować czegoś nowego i rzucić się w kanion. Zapraszam na kolejną wycieczkę 🙂

Adrenalina to nie zawsze ryzyko. Ryzyko nie zawsze jest adrenaliną. Według słownika języka polskiego PWN: „Ryzyko to możliwość, że coś się nie uda” lub „Przedsięwzięcie, którego wynik jest niepewny”. Szukałem synonimów ostatnio i wpadłem ta tę definicję. Każdego dnia zaczynamy mniejsze i większe rzeczy których wyniku nie jesteśmy pewni. Życie to bilans zysków i strat. Osobiście bardziej pewny jestem lin i haków wyprodukowanych w Alpejskiej Szwajcarii niż komunistycznych Chinach. Oraz ludziom którym w organizacji takich skoków nie przytrafił się najmniejszego wypadek spowodowany sprzętem. Moja minimalizacja ryzyka dzięki której w ogóle się na takie sporty ekstremalne decyduje. W Polsce nie skoczę, ale o tym może kiedyś indziej jakiś tekst.

Huśtawka w kanionie

Huśtawka w kanionie – tak w wolnym tłumaczeniu można opisać tę atrakcję tylko wcześniej trzeba skoczyć, albo raczej rzucić się w przepaść. Jednak bez gumowej liny i w innej ze względów bezpieczeństwa/fizyki pozycji, jeśli porównać swing do bungee. Dlatego też po swing skoku na sztywnej i częściowo napiętej linie, człowiek zaczyna się huśtać, a nie odbijać jak miałoby to miejsce na gumowej bungee.

W tej szwajcarskiej historii huśtawka zawieszona jest nad lodowcowym kanionem w miejscowości Grindelwald. Imponujące dzieło natury, które samo w sobie jest celem wartym podróży i którym było również dla mnie. Rwąca, spływająca kaskadami górska rzeka Lütschine oraz półki i tunele skalne robią robotę! Jest w nim dość rześko co idealnie gra, gdy wybierzesz się tam w gorący lipcowy dzień jak miało to miejsce w moim przypadku.

Zbudowana w kanionie ścieżka jest również idealnym miejsce dla wszystkich przypadkowych widzów. Publiki zastanawiającej się co za idioci latają pomiędzy skałami. Także nawet odwiedzając sam kanion i przy dobrym timingu popatrzysz sobie gratis na innych.

Wysoko i Szybko ewentualnie szybko i wściekle

Półka z której skaczemy, to metalowa konstrukcja zamontowana na klifie, na wysokości 90 metrów nad korytem rzeki. Samo 90 metrów w porównaniu do moich innych wycieczek może nie robi efektu wow jeśli chodzi o wysokość, ale moim skromnym zdaniem to proporcje i punkt odniesienia robią tu wrażenie i budują strach. Proporcje to oczywiście sam kanion, którego szerokość w miejscu, w którym mamy się huśtać ma może 25 metrów. Mając tutaj zamiast sztywnej liny – gumową, jasnym byłoby, że po pierwszym odbiciu uderzylibyśmy w ścianę. Jest po prostu zbyt ciasno na nigdy nieprzewidywalne odbicia.

Także mamy dwie liny (w galerii niżej na kilku zdjęciach będzie dobrze widać). Jedna z nich – stalowa, jest rozwieszona na szczycie kanionu i to do niej, pośrodku przymocowana jest druga – syntetyczna lina, na której polecimy w ten 90-metrowy dołek. W zależności od naszej wagi bujniemy się nawet z prędkością do 120 km/h. Także ostre powietrze i bryza prawdopodobnie uruchomią ochronne łzy. U siebie dzięki rozdzielczości 4K filmiku jedną zauważyłem.

Przygotowanie

Nim znajdziemy się na krawędzi, na szczyt skały wyjedziemy wspólnie z pozostałą grupą śmiałków. Wcześniej przy gospodzie Gletscherschlucht, która jest też jednym z miejsc spotkań, tak zwanych pickup (gdyby ktoś się zdecydował) ubierzemy już uprzęże. Co by obsługa nie musiała ich targać sama na szczyt. Jesteśmy też ważeni, by potem odpowiednio ustawić luzy na linie przed skokiem.

Nie powiem, że jestem doświadczony, ale uznajmy, że mam już tam jakieś wysokościowe doświadczenie, także tym razem nie spieszyło mi się do bycia jednym z pierwszych śmiałków. Moja grupa liczyła 11 osób, to jako przedostatni w kolejce miałem prawie godzinę na obserwowanie pozostałych. Ciekawe doświadczenie i chyba nie znudzi mi się przeżywanie stresów ludzi trochę mniej odpornych na wysokość jak ja. To jest wręcz gotowy materiał na jakąś pracę magisterską o ludzkiej psychice i emocjach. Dobrze tylko że mieliśmy dach nad głową. Inaczej nie chciałoby mi sie tyle stać na słońcu w samo południe i pewnie poleciałbym wcześniej.

Mimo że nie odczuwałem wielkiego stresu, a wręcz cieszyłem się na rozpoczęcie nowego sezonu adrenalinowego, to miałem na ręku pulsometr, który po dojściu na szczyt pokazywał przez chwilę 140 uderzeń na minutę. Potwierdzenie tego, że nawet gdy twarz roześmiana, na wewnętrzny stres nie da się uodpornić. Puls po kilku minutach zaczął spadać do normalnych wartości i nie przekroczył już zakresów, które znam chociażby z biegania.

Outdoor Interlaken – znajoma ekipa, tym razem Anna i Chris

Czekając na swoją kolej, zrobiłem też kilka ujęć i materiału do tego tekstu, zwłaszcza że od tego roku mam własną kamerkę GoPro. Jednak jeśli ktoś nie ma własnego sprzętu, to nie musi się martwić o pamiątkę, gdyby taką chciał. Firma Outdoor Interlaken podobnie jak przy skoku bungee z gondoli (to ta sama ekipa) tak i tutaj za dodatkową opłatą oferuje pełen serwis video. Oczywiście wykupienie u nich tej opcji nie wyklucza przyniesienia własnego sprzętu, podobnie jak nagrywanie wyłącznie własną bez dodatkowych kosztów. Pełen luz decyzyjny.

Jedyne co usłyszałem od Chrisa, to porada by nie uszkodzić kamerki, i bym przyciągnął rękę do torsu, gdy bujnę się na pierwszą ścianę. GoPro miałem zamontowaną na dłoni, a jak wiecie, przeważnie latam z szeroko rozłożonymi ramionami. Także mogło zabraknąć tych kilkunastu centymetrów, by nie przeorować nią po ścianie. Ewentualnie po jakieś skale w korycie rzeki.

Bryzą po twarzy

Koryto rzeki, to jest ciekawe. Gdy lina po bezwładnym spadku już się napręży i zaczyna nas ciągnąć przez kanion, to lecimy naprawdę nisko nad taflą wody. Tak nisko, że chlapią na nas jej kropelki wcześniej odbite od skalistego podłoża i możemy się nieco orzeźwić. Nie dopytałem, ale wydaje mi się, że ktoś lżejszy ode mnie nie bujałby się tak nisko. Zwłaszcza że blisko mi było do maksymalnej dopuszczalnej wagi, jaką można na skałę wnieść 😀 Tak na logikę, dobrze muszą wyliczać i sprawdzać te liny, bo granica błędu biorąc pod uwagę 90 metrów i dwie różne liny jest mała. Zdałem sobie z tego sprawę już po wszystkim.

Standardowo najcięższa próba nerwów to stanięcie na krawędzi platformy. Platformy kratkowanej, przez której podłoże widać przepaść. Zdecydowanie nie dla ludzi z lękiem przestrzeni, których nogi miałyby zmienić konsystencję na tę bliższą waty. Z takimi galaretami nie byłoby zbyt bezpiecznie. Ważne w tym skoku jest by to najpierw nogi, jako lżejszy punkt ciężkości poleciały w dół, a nie tors czy głowa. To dlatego, że pod platformą jest dość mała odległość od skał. Również dlatego, że stojąc na krawędzi, lina do której jesteśmy przymocowani już jest napięta i wyciąga nas na zewnątrz. Z tego względu jesteśmy trzymani do ostatniej chwili za uprzęż od tyłu przez obsługę. Nie trudno sobie wyobrazić sytuację, gdy ktoś nie może ustać, lina go ściąga i z impetem uderza tyłem głowy o kant stalowej platformy. Dość skrajny przypadek, ale zawsze trzeba brać pod uwagę prawa fizyki i mieć trochę wyobraźni decydując się na sporty obarczone większym ryzykiem niż gra w tenisa w koszulce Ralpha Laurena.

Huśtawka dla dorosłych

Bezwładne spadanie – free fall, trwa kilka sekund. Najlepiej jeśli się nie trzymamy za uprzęż 😉 Następnie lina się napręża, mocno, ale to naprawdę mocno przyśpieszamy i zaczynamy się huśtać. To huśtanie z uśmiechem na twarzy gdy już mimowolnie się rozluźnimy to kolejne dwie minuty. Bardzo przyjemne i relaksujące dwie minuty. Potem gdy nasze wychylenia od pionu są coraz mniejsze, łapiemy się za linę asekuracyjną podniesioną z dna rzeki i przyciągamy za jej pomocą do brzegu. Jeszcze tylko kilkumetrowa drabina i jesteśmy bezpieczni. Rozbieramy się z uprzęży i mamy czas na oglądanie wszystkiego z innej perspektywy. Dostajemy też numer porządkowy do filmików z kilku (4!) kamer które jeśli chcemy, zamawiamy. Opłaca się. Zmieniłbym jedynie jedną kamerkę na linie która jakością nagranego obrazu odstawała od pozostałych.

Jeśli skoczków za nami jest dużo, można iść na krótki spacer w głąb kanionu. Warto! Szczególnie że w jednym miejscu czekają na nas kolorowe iluminacje. Wrócimy nim pozostali skończą by nie przegapić zbiórki. Zbiórki w kontekście podwózki, jeśli przyjechałeś firmowym busem z Interlaken. Busem, w którym znajduje się duża przenośna lodówka z regionalnym piwem, wodą i innymi napojami. Podczas drogi powrotnej mamy możliwość zamówienia pakietu wideo. Także z piwem, pierwszym, drugim i trzecim w ręku i tabletem na kolanach droga powrotna mija szybko. Rzecz jasna nie musimy wracać wspólnie jeśli mamy ochotę pozwiedzać trochę okolicę. Okolicę Grindelwaldu która razem z doliną Lauterbrunnen jest moją ulubioną w Szwajcarii. Odwiedzenie ich grozi zakochaniem, so do not do it!

Anegdota. Pomijając historię jej zdobycia, tego dnia miałem na sobie koszulkę reprezentacji Meksyku w piłce nożnej. Na skale przed Canyon Swing zagadała do mnie meksykanka 🙂 Mały świat!

Adrenalina: 2/5 Strach: 3/5 Widoki: 4/5

Cały powyższy tekst w 35 sekund. Here we go!