Wonderful Life człowiek na czarno białej okładce

Dzisiaj opiszę Wonderful Life. Płytę dla mnie specjalną, która nie jest albumem mego życia, choć posiada w zestawieniu piosenkę, która takową już jest. Przynajmniej jest w ścisłej dziesiątce najpiękniejszych piosenek, jakie znam. Ale po kolei…

Pod pseudonimem Black ukrył się na wiele lat muzyk Colin Vearncombe. Wcześniej miał epizody z muzyką punk rockową, ale od roku 1982 na fali – zapewne – mody new romantic, diametralnie zmienił swoje artystyczne upodobania. Z punk rocka pozostało mu jedynie pesymistyczne nastawienie do życia. Zresztą stąd też jego pseudonim artystyczny. Black jest twórcą i wykonawcą piosenki Wonderful Life, która to zapewniła mu na długie lata nieśmiertelność. Gdyby nie ta jedna piosenka, dzisiaj pewnie nikt by o nim nie słyszał, a tak jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci muzycznych ósmej dekady. Sama piosenka genialna! Można analizować ją na różne sposoby. Dla mnie to połączenie świetnego tekstu, o dość optymistycznej jak na Blacka wymowie, który razem ze stonowaną melodią i aranżacją – trzymającą to wszystko w ryzach, tworzą mistrzostwo świata.

Nigdy nie udało mu się nagrać nawet czegoś w połowie tak dobrego. Ten album należy poznać choćby dla tego jednego utworu. Wyrazistość i ogromna popularność tej kompozycji sprawiły, że Blacka postrzega się przez pryzmat jednej – właśnie tylko tej piosenki. Zaszufladkowano go jako gwiazdę jednego przeboju i chyba nic już tego nie zmieni. Black do końca świata będzie znany jako ten od Wonderful life. Co bardziej dociekliwi zapewne wspomną jeszcze o drugim kawałku z tego albumu, Everything’s Coming Up Roses i będą mieli absolutnie rację. W okresie wydania płyty, piosenka Everything’s Coming Up Roses zyskała również sporą popularność i podobnie jak tytułowy przebój, także jawiła się jako godna uwagi i zachwytu.

Wonderful Life – jeden przebój, ale jaki!

W tym miejscu, zazwyczaj kończy się opinia zdecydowanej większości osób, pamiętających pojawienie się tego albumu na rynku. By zakończyć oczywiste oczywistości, nadmienię, że ten wielki przebój Wonderful Life ukazał się z pewnym falstartem. Pierwszy raz na rynek trafił już w 1985 roku, ale brak odpowiedniej promocji pozostawił go w zupełnym cieniu. Dopiero ponowne wskrzeszenie i wydanie przez inną wytwórnię, sprawiło sukces i to zapewne przerastający oczekiwania. Jednak w dobie olbrzymiej mody na maxi-single z wersjami extended, piosenka nigdy nie doczekał się innego opracowania, niż to zaprezentowane na albumie, a wcześniej na singlu (pomijam wersję alternative).

Owszem, ukazały się do tego albumu maksi-single, nie zwierały jednak alternatywnych wersji pięknego życia. Stanowią uzupełnienie według mnie o wiele cenniejsze. Singiel Wonderful Life zawiera dodatkowo trzy kompozycje pominięte na albumie, a maxi-singiel Everything’s Coming Up Roses dodatkowe dwa. Jako ciekawostkę dopiszę, że maxi-singiel Wonderful Life też miał dwie premiery, a mianowicie w 1986 i 1987 roku. Oba wydania, oprócz tytułowego hitu różnią się zawartością.

Czarno biały teledysk

Czas w końcu napisać trochę o pozostałej zawartości tego albumu. Całość otwiera Wonderful Life, a zaraz za nim pojawia się Everything’s Coming Up Roses. Te dwie piosenki to niewątpliwie największe hity z tej płyty. Praktycznie kawałki znane wszystkim i budzące od x lat zachwyt. Są to nieliczne kompozycje, których radio i telewizja, pomimo maksymalnej ich eksploatacji – nie zniszczyła. Opisywać piosenkę Wonderful Life to tak, jak tłumaczyć komuś jak wygląda koń – każdy widzi (jak to figurowało dawno temu w encyklopedii). W MTV piosenka lansowana była czarno białym klipem. Jako jeden z pierwszych, to właśnie Black wypuścił coś takiego, co w owym czasie stało się nawet krótkim trendem.

Kolejny Everything’s Coming Up Roses to, z uwagi na wtedy go lansowanie, drugi co do wielkości hit. Czy zasłużenie? To już inna sprawa. Po prostu był promowany, przez co według mnie i tak udało mu się zdobyć większą popularność od pozostałych dobrych piosenek z tej płyty, a kilka jeszcze ich tam jest. Oczywiście nie tak wyrazistych jak cudowne życie, ale po kilku przesłuchaniach potrafią z człowieka zrobić swoje niewolnicze ucho.

Dalsza muzyka, po tej powszechnie znanej z początku albumu, jawi się następująco. Ścieżka trzecia strony A, to Sometimes For The Asking. Od razu odbiera się go jako wypełniacz. Ma wszystkie cechy piosenki nie przebojowej, rytm i ospały śpiew. Trochę to już patent Blacka, by szarość goniła szarość. Jeżeli nawet muzyka bywała pogodniejsza, to i tak sprowadzał to śpiewem do melancholii. Nie jest to piosenka wybitna, ale broni się jako część składowa tego albumu. Zwłaszcza, że po niej pojawia się Finder. Idealny przykład piosenki, w stylu jaki mnie drażni i potrafi sprawić, że płytę wyłączam, a zastanawiając się nad kupnem – rezygnuję. Potrafi zburzyć wszystko, co muzycznie wcześniej było pozytywne, a co gorsze, nawet zatrzeć pamięć. Dobrze, że na albumie trwa to niewiele czasu.

W stylu Bryana Ferrego i Roxy Music

Stronę A wersji winylowej kończy Paradise. Piosenka wynagradzająca nam upiory sprzed chwili. Klimat w niej zawarty, zaczerpnięty chyba w prostej linii z jakiegoś baru, w godzinach tuż przed zamknięciem, gdzie resztka klientów dogorywa nad ostatnią szklanką, przy pełnych popielniczkach, a na scenie praktycznie dla nikogo śpiewa jakiś koleś, smęcąc niesłychanie, aczkolwiek z wielkim urokiem. Zawsze z czymś takim kojarzył mi się Bryan Ferry z Roxy Music. Paradise jest niewątpliwą ozdobą i bardzo mocnym punktem tej płyty.

Strona B pierwszym utworem ponownie mnie rozdrażnia. Dlatego od razu wspomnę o kolejnej piosence I Just Grew Tired. By być szczery, uważam, że to właśnie ta kompozycja zasługuje na miano hitu numer dwa. Jeżeli w piosence Paradise odwołałem się do stylu Bryana Ferrego, to tu mamy go prawie w pełnym wydaniu. Oczywiście trzeba to przesłuchać z kilka razy, bo całość jest z gatunku „piosenki ziewanej”. 

Dalej na płycie, i to aż do końca, jest już tylko bardzo ładnie. Blue może nie powala, ale te trąbki w oddali, inne instrumenty oraz smaczki aranżacyjne, a wszystko pięknie wplecione w głos Blacka – po prostu super! Just Making Memories to z kolei najbardziej dynamiczny utwór na tym albumie, o ile w ogóle możemy w tym przypadku mówić o dynamice. Płyta od samego początku do końca mile się wlecze. Zamyka całość Sweetest Smile. To chyba największa perła na tym albumie. Piosenka wybitnie nie radiowa, no chyba że w audycjach nadawanych o czwartej rano. Piękna, liryczna, melancholijna i nawet lansowana singlem oraz klipem. Dzisiaj pamiętają ją nieliczni.

Na LP3 znalazły sie dwa kawałki Blacka z tej płyty. Wonderful Life – 24 tygodnie w zestawieniu, 4 razy na szczycie, 6 razy na drugim i raz na trzecim miejscu. Everything’s Coming Up Roses – 10 tygodni w zestawieniu, max 7 pozycja.

Płyta na tyle dobra, że warto ją znać

Kolejne reedycje albumu, uzupełniały piosenki pochodzące ze stron B singli i maxi-singlii. Nie są to żadne odrzuty i należy je traktować na równi z tym, co zawarto na płycie nazwijmy to głównej.

Podsumowując, to poza dwiema, dla mnie ciężkimi do strawienia piosenkami, całość albumu wypada urzekająco dobrze. Jest na tyle dobra, że warto ją znać. Oczywiście pod warunkiem, że ktoś nie będzie szukał na niej drugiego Wonderful Life. Ja się w niej zauroczyłem dawno temu – i do tej pory, stale odkrywam w niej nowe smaczki. Gdybym płytę oceniać miał tylko przez pryzmat tytułowego przeboju, dałbym maksymalną ocenę. Mam gdzieś opinię ludzi, którym radio ją przejadło. Na szczęście dla siebie i swojego jej uwielbienia – zachowałem właściwe proporcje i nadal po latach uważam, że Wonderful Life to najpiękniejsza melodia i kompozycja jaka powstała w ósmej dekadzie.

Autor recenzji Krzysztof Sierszuła

Tracklista powyższego tekstu i winylu Wonderful Life (1987)

strona A
01. Wonderful Life.
02. Everything’s Coming Up Roses
03 Sometimes For The Asking
04. Finder
05. Paradise

strona B
01. I’m Not Afraid
02. I Just Grew Tired
03. Blue
04. Just Making Memories
05. Sweetest Smile
Epilogue – 1:31