Piszę to z pozycji osoby, która ABBĘ uwielbia. Jeśli komuś moje przemyślenia wydadzą się krzywdzące, to proszę o wybaczenie. W końcu to tylko myśli. Błąkają się po mojej głowie od kilku już lat. Urażonych przepraszam.

Prawdopodobnie jestem jednym z nielicznych, któremu nie zależy na tym by, zespół ABBA się reaktywował. Jeśli by mieli to uczynić na jeden koncert to w ogóle bez sensu, bo to nie była grupa typowo koncertowa. Jeśli by mieli nagrać nową płytę – to jaką? Osadzoną w brzmieniu ABBA made in 1976? Projekt spaliłby na panewce. Nowe piosenki zawsze zestawiane byłyby ze starymi, a owe znane już przeboje, ciągną za sobą całą legendę, której nowościom byłoby brak. Klapa murowana. Poza tym wizerunek grupy dla wielu jej fanów zatrzymał się na tym 1981 roku. Obecny image w konfrontacji z utrwalonym, mógłby spowodować kancerę w naszej wyobraźni. Najmłodsza Agnetha, choć nadal urocza, to już po siedemdziesiątce, podobnie inni. Osobiście nie chcę na scenie widzieć ludzi w obecnym ich wizerunku, by nie niszczyć w sobie wizji. Wizji jaką swego czasu stworzyli mi jako dziecku, dając pewien estetyczny wzorzec.

ABBA to projekt skończony, kompletny

ABBA dla mnie to produkt doskonały i spięty klamrą obejmującą okres pomiędzy debiutem, a ostatnią płytą. Nawet nie rajcują mnie te wszystkie smaczki muzyczne wydawane dla koneserów, a udostępnione publice dopiero grubo po zaprzestaniu działalności. Drobnym wyjątkiem darzę tylko jeszcze solowe płyty Agnethy, na których miejscami pobrzmiewa muzycznie mi to, co tak polubiłem wcześniej. ABBA skończyła się bezpowrotnie zostawiając po sobie nam osiem płyt długogrających, wzbogaconych o kilka piosenek singlowych. To spory materiał ilościowy i jakościowy, jak dla mnie wystarczający.

Inna rzecz mnie frapuje, gdy rozważam przyszłość, a w zasadzie przeszłość ABBY. Panowie Björn i Benny to wybitni kompozytorzy, którzy w ciągu kilku lat potrafili stworzyć razem ponad 30 przebojów muzyki rozrywkowej. Co się z nimi nagle stało? Po zawieszeniu działalności grupy, stworzyli jeszcze musical Chess, który odniósł umiarkowany sukces, ale to wszystko zamknęło się rokiem 1984… Przez tyle lat panowie będący cały czas zgodnymi przyjaciółmi, nie napisali nic na miarę tego, co robili będąc w ABBA. Björn z Bennym w jednej z licznych wypowiedzi, stwierdzili, że już dawno udowodnili że potrafią tworzyć przeboje pop i nastał czas by zająć się czymś innym – poważniejszym. Owszem, udowadniać, że potrafią – nie muszą. Jednak czy my czekaliśmy swego czasu na najnowsze piosenki ABBY, po to aby sprawdzić czy Björn z Bennym nadal potrafią je stworzyć? Co mam myśleć o ludziach, którzy tworzą muzykę po to, by coś udowodnić?

Sympatyczni Szwedzi czy samolubne narcyzy?

Czyżby za tymi dwoma sympatycznymi Szwedami tak naprawdę kryło się dwóch narcyzów, których głównym celem jest pompowanie legendy o sobie samych? Obaj panowie nie kryli tego, że fascynowała ich wielka czwórka z Liverpoolu. Czyżby postanowili w sztuczny sposób stworzyć analogicznie do Beatlesów swoją własną legendę? Chyba to zbyt śmiała teoria, ale porównań nie brakuje. Zawieszają działalność w okresie dużej płodności artystycznej i tuż po ogromnym sukcesie komercyjnym. Podobnie jak Beatlesi będąc ze sobą skłóceni – przynajmniej częściowo. Również ich zamiarem jest nie reaktywować zespołu. Beatlesi jednak komponowali i wydawali po rozpadzie kapitalne płyty. Björn z Bennym rozpoczęli odcinanie kuponów od swojej popularności. Mieli w tym sporo szczęścia, bo opatrzność czuwała nad ich rozbudowanym ego.

Tą opatrznością była Catherine Johnson. To ona napisała scenariusz na podstawie piosenek zespołu i stworzyła coś, czego nigdy Björn z Bennym by nie zrobili. Johnson współpracując z reżyserką Phyllida Lloyd, stworzyła musical pokazując obu panom, że to czego tak pragnęli – napisania przeboju musicalowego, stało się faktem. Tylko sami panowie nie dostrzegli tego, jaki potencjał zawierały piosenki napisane wcześniej. Po latach różnych prób – zazwyczaj nieudanych, Björn i Benny odnaleźli nową pasję. Sprzedać swój przyozdobiony w nowe szaty produkt muzyczny ponownie.

Zaangażowali się mocno w projekt przedstawienia. Tak oto w 1999 roku, w Londynie, miała miejsce premiera musicalu Mamma Mia. Przedsięwzięcie artystyczne odniosło ogromny sukces i panowie ponownie znaleźli się na szczycie. Tym razem już nie jako kompozytorzy pop, a twórcy muzyki do najbardziej kasowego musicalu ostatnich lat. Duma ich rozpierała mocna, bo brali czynny udział w organizacji tego spektaklu. Oni mieli decydujący głos na castingach w doborze wokalistów i wokalistek. Oni czuwali nad ścieżką dźwiękową. Nic bez nich nie mogło być zrobione w sferze muzycznej. Przy tej pracy nad całością dorobili się opinii perfekcjonistów.

Zresztą w latach późniejszych, gdy Mamma Mia była wystawiana w innych krajach, wszędzie byli obecni i wszędzie decydowali o obsadzie pod względem wokalnym i całości pod względem muzycznym. Sukces pozwolił panom w glorii spędzić całą pierwszą dekadę nowego wieku. Kolejne premiery w kolejnych państwach odgrzewały ABBA-manię. W 2008 roku, ekrany kin zaszczyciła filmowa wersja tego przedstawienia. Iście Hollywoodzka obsada dopełniła nobilitacji i tak oto, panowie odgrzali po raz enty swoje dokonania sprzed powiedzmy 30 lat. Mamma Mia dorobiła się też dokumentalnego filmu, w którym pokazano kulisy kręcenia jak i wzbogacono go o materiał zdjęciowy, pochodzący z różnych krajów, w których odbyły się premiery tego musicalu na deskach. Nie zabrakło też wypowiedzi Björna i Bennego.

Umniejszana rola Fridy i Agnethy

Do nich właśnie chciałbym się odnieść, a zwłaszcza do jednej. Björn w tym filmie powiedział, że sukces ABBY to oni sprawni kompozytorzy. Dziewczyny tylko śpiewały i praktycznie było to bez znaczenia, że to właśnie one. Akurat trafiło na nie, bo były związane z nimi i nie było potrzeby szukania. Potraktowali to jako przypadek.

Uważają, że sukces odnieśliby z innymi wokalistkami również. Jak tu lubić tych dwóch przesympatycznych Szwedów? Umniejszają rolę Fridy i Agnethy na każdym kroku, a to one były głównymi twarzami i głosem grupy. To one tworzyły cały wizerunek i to dzięki nim ABBA miała taką, a nie inną pozycję. Panom jednak ciut odbiła sodówka, widząc jak kolejne premiery Mamma Mia z różnymi obsadami odnoszą kolejne sukcesy. Tylko czy te sukcesy byłyby takie same, gdyby wcześniej głosy Agnethy i Fridy nie stworzyły pod to podwalin?

Sporo pytań zadaję, ale tylko już takie gdybanie pozostało. Zwłaszcza, że tacy sprawni wręcz geniusze kompozytorscy na przestrzeni ostatnich prawie 40 lat nie pokazali światu nic. Panowie jak widać nie czują potrzeby tworzenia. Jedyne zajęcie jakie sprawia im przyjemność, to jeżdżenie po świecie i kreowanie się na wielkich nad twórców muzyki pop. 

Zapewne chcieliby być porównywani do McCartneya, tylko że sir Paul cały czas tworzy i od czasu rozpadu zespołu napisał drugą część swojej historii jako twórca. Podobnie pozostali członkowie The Beatles. Björn i Benny zaś płyną cały czas tylko na fali swojego dawnego sukcesu. Zresztą zawdzięczają go, prawdę mówiąc, dwóm paniom, które stworzyły z ich pracy nową jakość w postaci przedstawienia, a później filmu. Jak znam życie całe ochy i achy i tak spijają oni. Gdyby nie panie Johnson i Lloyd, tyle by panowie ze swojej popularności dzisiaj mieli, ile pozostałoby ludzi z nostalgią wspominających czasy, gdy dwie inne dziewczyny swoimi głosami podbiły pół świata.

Nie chciałbym być źle zrozumiały. ABBA była zjawiskowa i trafiła idealnie w czasy. Dostarczyła światu jak już pisałem ponad 30 piosenek o statusie przeboju. Była tworem w jakiś sposób doskonałym i wzorem dla wielu później powstałych zespołów. Wkład w historię muzyki jest bezsporny. Kocham ich muzykę. Jednak dostrzegam pewną otoczkę, którą wykreowano na przestrzeni ostatnich lat, a która trochę nie zgadza się z faktami, jakie dostrzegają moje oczy. Stąd ten wpis, by pokazać, że nie wszystko jest w przypadku ABBY czarne albo białe.

Podobnie zresztą jest z wizerunkiem pań. Agnetha otrzymała od mediów wizerunek tej pokrzywdzonej przez los i „niedobrego Björna”. Problemy z kolejnymi partnerami życiowymi potęgowały to wrażenie. Do tego nawet wyczytałem, że całość kasy, jaką otrzymują z tantiem i praw zgarniają panowie. Przed fanami powstało wrażenie, że panie żyją w niedostatkach. Nic bardziej błędnego! Panie żyją bardzo dostanie, a ten cały wizerunek aniołeczka pokrzywdzonego przez los w przypadku Agnethy spokojnie można zweryfikować.

Wielu pisząc o ABBIE dokonują porównań do zespołu The Beatles. Przytaczają argumenty o rozwoju muzycznym. O tym, że każda płyta była inna i bogatsza brzmieniowo. Spora w tym przesada. Tam gdzie widoczny był kroczek rozwoju ABBY w muzyce – z płyty na płytę, tak u Beatlesów widoczne były kroki siedmiomilowe. Oby takich porównań było jak najmniej. Każdy zespół ma swoje miejsce w historii. ABBA również, ale na pewno nie obok The Beatles.

Swoją drogą ciekawe czym nas Björn i Benny zaskoczą niebawem? W końcu sukces Mamma Mia nie może wiecznie trwać. Może powstanie Antologia ABBY? Może powstanie serial 10 odcinków, fabularyzowany i autoryzowany tylko przez nich? Z pewnością prędzej czy później, trzeba będzie tego kotleta odgrzać. Panowie jak widać, bez tego splendoru wokół siebie nie potrafią żyć.

Krzysztof Sierszuła, lipiec 2012

ABBA wraca

#ABBAwraca #powrótABBY