Ósmy album a-ha to płyta której tytuł jest jednocześnie jego najlepszą recenzją – Analogue. Analog to w muzyce i technice przeciwieństwo sygnału cyfrowego i komputerowego świata. Muzycznie mamy więc tutaj bardziej instrumentalnie i naturalnie. Z tych samych powodów dla purystów szukających synth-popowej nostalgii album w momencie swojej premiery był małym rozczarowaniem. Obecnie jednak jest odbierany zdecydowanie cieplej. Mógłbym tutaj skończyć ten tekst ale tego nie zrobię, bo tak się składa, że to ostatni album a-ha jaki został mi do zrecenzowania. Zajęło mi to w sumie pięć lat, cała ich dyskografia i chociaż trochę niechronologicznie to melduje się na mecie. Spełniłem swoje małe ambitne marzenie fana i samozwańczego dziennikarza. Wracając do albumu…
Zgoda buduje (a) niezgoda rujnuje
Po burzliwych przejściach, które omal nie skończyły się rozpadem zespołu przy tworzeniu Lifelines, tym razem wszystko przebiegło sprawnie. Nawet bardzo sprawnie, a najbardziej usatysfakcjonowani z efektów byli Magne, Paul i Morten. Jak stare małżeństwo wypracowali sposób współpracy i umiejętnie zaczęli z niego korzystać. Bez wielkich dram w studiu. To przejście najlepiej w okresie premiery albumu (4 listopada 2005 roku) podsumował Magne słowami, że „Nie czuję już, iż jestem częścią a-ha, lecz że a-ha jest częścią mnie (nas). Spotykamy się, aby zrobić coś pod tym szyldem”.
Spokój i sprawne nagrane całego LP było również sprawką dwóch jego głównych producentów. Byli to Martin Terefe i Karl Martin Sandberg aka Max Martin. Obaj Szwedzi i obaj nieco młodsi od chłopaków z a-ha. Nieco w kontrze do przygód z nagrywaniem Lifelines panowie zatroszczyli się o to, by podczas prac w studiu był minimalny i konkretny skład. Nie wtrącali też za dużo swojego autorytetu, dając Norwegom dużo wolności. Wykorzystując swoje doświadczenia jedynie dopracowywali pomysły stawiając je na odpowiednich torach. Takie indywidualnie i wspólne sesje były dobrze rozplanowane, a dzięki pracy w tak małym gronie i bez wewnętrznej presji, wszystkie piosenki składające się na album nabrały spójności. To że dobrze się układało, niech świadczy fakt, że Martin Terefe do dzisiaj – ponad dwadzieścia lat po premierze, ciągle regularnie pracuje z Magne.
a-ha i Kod Leonarda da Vinci
Jedna z największych ciekawostek wiąże się z piosenką Celice autorstwa Magne. Jak dumnie wspominał przeczytał książkę Kod Leonarda da Vinci jeszcze przed tym, nim stała się ona światowym fenomenem. W powieści Dana Browna zaintrygowała go konstrukcja kolczastej, metalowej opaski noszonej na udzie przez Silasa, mnicha z Opus Dei jako formy umartwienia ciała oraz pokuty. Jej nazwa tłumaczona z łaciny na angielski to cilice. Motyw tak się Magne spodobał, że postanowił go wykorzystać i w tym tonie stworzył tekst piosenki. Słowa są metaforyczne ale dość konsekwentnie budują obraz osoby, która została wciągnięta w świat pełen pokus, uzależnień i manipulacji prowadzących do autodestrukcji. Świat z którego trudno się wydostać. Przyznam szczerze, że inspiracja do jej napisania był dla mnie dużym odkryciem ponieważ jestem fanem zarówno Kodu… jak i książek Dana Browna. Celice to połączenie moich dwóch popkulturowych światów.
Sama piosenka jest bardzo energiczna i wprowadza sposobem zaśpiewania oraz bitym rytmem w mały trans. W zwrotkach niższa skala, a refren zaśpiewany wyżej. Klasyczne a-ha, a dokładniej pisząc, Morten w najlepszej formie. On ma tak naturalnie, że jak wyciąga słowa, to zmienia mu się skala na tą wyższą. Tutaj mam wrażenie bez zbędnego udawania i wysiłku mu to wszyło, po prostu głos ma stworzony do takich jak ten kawałków.
Celice teledysk
„Teledysk Celice opowiada o ludziach, którzy stracili orientację w poszukiwaniu sensu i o samotności będącej wynikiem utraty niewinności”– Magne Furuholmen. Do wyreżyserowania zatrudniono uznanego w branży Joerna Heitmanna. Uznał on, że najlepszym pomysłem i scenerią do przeniesienia jego przesłania będzie burdel w Berlinie. Przyznam dość ostro jak na a-ha, ale stało się. Mimo, że pewne sceny umiejętnie pokazywane były w podczerwieni, to po premierze wywołał on małe kontrowersje. Obecnie mało kto o nich pamięta, ale można powspominać. W każdym razie kontrowersje niestety nie przyniosły mu tanio zdobytej popularności, a szkoda bo Celice jest świetna!
YouTube jesienią 2005 roku miał dopiero rok, a o mediach społecznościowych jeszcze nikt nie słyszał. Uważam, że klip obecnie bardziej by chwycił. Wtedy fani nie byli jeszcze na tyle starzy by nie być na bieżąco z technologią. Z drugiej strony świat nie był zalany taką ilością treści niskiego poziomu jak teraz, a zespół ciągle był marką samą w sobie.
Inną okazją na promocję było umieszczenie jej na ścieżce dźwiękowej filmowej ekranizacji Kodu da Vinci. Trwały rozmowy i choć twórcy byli pozytywnie nastawieni do jej wykorzystania, tak finalnie się to nie stało. Nie znam dokładnych powodów ale spekulacje mówiły o kwestiach finansowych na linii producent filmu (Columbia Pictures czyli Sony) a wydawcą a-ha (Universal Music). Także artyści byli na tak, ale ktoś chciał konkretnie zarobić. Szkoda. Film stał się przebojem nie mniejszym niż książka.
Przytulne więzienie
Muzycznie żywiołowe tempo oparte jest na gitarze, w podobnym rytmie co pierwsza Celice. Z kolei wersy Don’t Do Me Any Favours jako wiersz Magne przedstawił na swojej stronie internetowej w 2005 roku jeszcze przed premiera albumu. Słowa już nie pierwszy raz były ironicznym spojrzeniem na współpracę z Paulem przy tworzeniu piosenek, a właściwie jej brak. Jednak bez szkody dla zespołu. Po prostu zajęli się swoją robotą bez podpowiedzi z drugiej strony. Zresztą Magne z uśmiechem tłumaczył się w wywiadach, że niektórzy fani zbyt dosłownie je traktują – teksty, tworząc swoje teorie. Mimo wszystko przyznam, że ironia w pisaniu przez Magne słów weszła w tamtym okresie na najwyższy poziom.
Cosy Prison to oksymoron gdzie więzienie jest przenośnią krat i ograniczeń, jakie sami sobie często stawiamy. O tym, że często ludzie tak bardzo przejmują się śmiercią, że nigdy nie zaczynają prawdziwie żyć. Z kolei każdy świadomy faktu, że jesteśmy na Ziemi tylko chwilę i wierzący w to, że to nie koniec drogi, nie ma tego strachu. I chociaż nigdy Cosy Prison nie była moją piosenką, to obiektywnie nie sposób nie docenić w niej słów, muzyki i ogólnego anturażu (z francuskiego) jaki ze sobą niesie.
Teledysk nakręcono ale nie był on nigdzie oficjalnie dostępny ponieważ anulowano singel CD piosenki na którym przy okazji znajdować się miał również jej klip. Obecnie łatwy do znalezienia w odmętach Internetu. Jego reżyser Paul Gore nagrał go w tym samym budynku co Coldplay swoje wideo do Lovers in Japan. W starej, zbudowanej w wiktoriańskim stylu oczyszczalni ścieków Abbey Mills w Londynie.
Analogue
„To taneczna muzyka dla duszy” – tak ten tytułowy singel – Analogue jako wizytówkę całego albumu zapowiedział Morten Harket jeszcze przed jego premierą. Czy miał rację? Nie wiem czy taneczna ale dla duszy na pewno! W każdym razie stworzenie jej miało coś z początków kariery zespołu. To dlatego, że powstała ona ze zlepków innych pomysłów; słów, melodii, aranżacji. Była niejako recyklingową piosenką z materiałów których genezy ciężko szukać. Na pewno jej demo z której pochodzi najwięcej tych muzycznych cegiełek nazwało się Minor Key Sonata. Słownie zmieniono wers w tytule na konkretne all i want!
Charakterystyczny hipnotyzujący rytm i kilka chórków sprawia, że brzmi organicznie i akustycznie. Jest ładna ale moim zdaniem nie przebojowa i bardziej podoba mi sie grana na żywo niż wersja studyjna. Pomimo moich własnych z niej wrażeń Analogue stała się zaskakującym hitem w Wielkiej Brytanii, gdzie zespół powrócił na listy przebojów po 18 latach od Stay on These Roads. Od powrotu z 2000 roku – co może być zaskakujące, nie udało się to żadnej piosence. Ta była pierwsza. Brytyjczycy zaspali nie pierwszy raz.
Oczywiście Analogue ma teledysk i choć przez karierę a-ha przewinęło się wielu reżyserów, to akurat pan Howard Greenhalagh był wtedy pierwszym, który powrócił po raz drugi. Pierwszym teledyskiem który z Norwegami nakręcił był ten do Angel in the Snow z 1993 roku. Ten tutaj do Analogue jest czarno biały, skromny i skupiający się na samym zespole, gdzie muzyka jest ważniejsza od wizualnych fajerwerków. Ogólnie bez szału.
Max Martin
Ostateczne szlify samej piosence dał jeden z dwóch producentów albumu – Max Martin. Muszę o nim wspomnieć ponieważ ten człowiek ma niesamowitą karierę! Tutaj pracował z a-ha, jednak jego największe sukcesy i międzynarodowe hity zrodziły się ze współpracy z Tylor Swift czy The Weeknd. Max Martin potrafi łączyć pokolenia i wie co robić by ciągle być na szczycie. Obserwowanie jego ciągłe wydłużającej sie i sukcesywnej dyskografii jest godne podziwu. Sprawdźcie sobie jego credits!

Birthright
W przepięknej balladzie Birthright od 1:25 i od słów: „And you…whatcha gonna do?” zaczyna się i trwa trzydziestosekundowy fragment skondensowanej do maksimum magii a-ha. Ten efekt i muzyczna magia to dla mnie połączenie słów, dźwięków a przede wszystkim głosu Mortena. Wszystko razem tworzy całość, która tak zawsze wyróżniała ten zespół. W wielu innych ich piosenkach mamy takie momenty, czasem są to całe utwory jak właśnie ten. Ta piosenka jest wizytówką i charakterystyką nie tylko tego albumu ale właśnie całego zespołu w tej wolniejszej balladowej formie. Melancholiczna, oparta na pianinie melodia już w momencie nagrywania trafiła do ich artystycznej czołówki jako muzyków.
Lirycznie Birthright opowiada o byciu w związku, w którym strony wzajemnie się wyniszczają. Jest tu jak rozumiem opis kogoś, kto jest uzależniony od drugiej osoby i z tego powodu cierpi. Jednak czy lepiej jest cierpieć niż nie odczuwać absolutnie niczego? Lepiej jest być smutnym niż czuć kompletną pustkę? Ogólnie rozprawka nad tym, że życie daje nam prezenty i katastrofy, a czasami ciężko jest odróżnić jedno od drugiego. Banał, a i owszem, ale jaki piękny. Magne słusznie stwierdził w kontekście jej słów; „Nie piszesz piosenek o szczenięcej miłość gdy jesteś po 40”.
Trasy koncertowe zawsze dają nowy materiał. Są niczym intensywne podróże gdzie świat stoi przed nami otworem.
Holy Ground to jedna z dwóch piosenkę napisana na album przez Mortena. Podoba mi sie w niej to przyjemne wejście z zaplecza do membran głośników tego powtarzającego sie wycia w aranżacji. Nie wiem czy to połączenie instrumentu z chórkiem czy tylko sam sprzęt? W każdym razie spokojna w swoim stylu ładnie wkomponuje się w całość Analogue.
W następnym Over The Treetops narrator tęskni za cichszym życiem z daleka od zgiełku. Trochę taki akustyczny prekursor i starszy brat Foot of the Mountain. Ogólnie nic specjalnego i łapiącego na dłuższą chwilę ale być może byli już tego świadomi ją tworząc. To dlatego, że Morten zaśpiewał ją całą w wysokiej skali. Co w studiu było łatwe, z automatu zdyskwalifikowało ją na koncerty.
Dochodzimy do Halfway Through The Tour, która opowiada o trudach życia w trasie koncertowej. Ma dwa tempa niczym Manhattan Skyline. Jej pierwsza część jest bardzo chaotyczna i wręcz nieznośna w słuchaniu. Jednak gdy już potem zostają same instrumenty, piosenka robi się zaskakująco przyjemna. Niespodzianka w najmniej oczekiwanym momencie! Taki udany eksperyment z którego nie powstał muzyczny Frankenstein. Nie wiem czy zamierzenie, ale Halfway Through The Tour wyszła właśnie jak taka – domniemam trasa koncertowa. Na początku jest pełna ekscytacji i życia, a z czasem i kolejnymi występami staje się po prostu męcząca. Potem organizm czerpie więcej energii z odpoczynku w hotelowym łóżku niż z występów na scenie.
Morten uwydatnia piękno ballad
Kolejna refleksyjna i bardzo akustyczna ballada o przemijaniu to The Fine Blue Line. Mimo że ładna, to w porównaniu z tak mocnym towarzyszącym jej na tej płycie materiałem, rozmywa się na tle konkurentów.
Keeper Of The Flame to Paula autorska i sentymentalna podróż do nastoletnich w Manglerud, w realiach Norwegii lat 70. XX wieku. Utwór o jego wspomnienia jako dzieciaka, który marzył o nierealnym sukcesie i zastaniu muzykiem w dorosłym życiu. Podczas albumowej trasy koncertowej Keeper Of The Flame był utworem wspominkowy wszystkich trzech Norwegów. Morten śpiewał, Magne grał na gitarze, a Paul – co robił wyjątkowo rzadko – grał na pianinie. Trochę nudna.
Make It Soon to druga piosenka autorstwa Mortena Harketa. Prezentuje się jednak dużo słabiej od Holy Ground i niczym pozytywnie mnie nie intryguje. Jest wręcz irytująca przez ten chaos od 1:54 – tragedia. Bez niej całość byłaby zdecydowanie lepsza.
White Dwarf to z kolei gitarowa ballada astralna Paula, gdzie nie wspomina już lat młodzieńczych, a po prostu odleciał w kosmos. Ogólnie White Dwarf ma w sobie taką przyjemną lekkość i jest dobrym sountrackiem do patrzenia w rozgwieżdżone niebo. Piękna! Zawsze przychylnym okiem patrzę na piosenki traktujące o takich tematach. Moje tematy i zainteresowania, Paula chyba również. Dotknie ich jeszcze w chociażby Start the Simulator.
Płytę zamyka duet Magne i Mortena w The Summers Of Our Youth. Duet ponieważ niekoniecznie znany ze swoich wokalnych akrobacji Magne Furuholmen przejmuje mikrofon i znakomicie sprawdza się jako orzeźwiający kontrapunkt dla Mortena Harketa. Powolna zwrotka z fortepianowym fundamentem prowadzi nas do bardziej żywszego refrenu. Ten kontrast między wokalem Magne (zwrotka) a wokalem Mortena (refren) wypada znakomicie! Zwrotki w których zmagamy się się z faktem, że czasu nie da się cofnąć podobają mi się nawet bardziej niż refren. Ogólnie świetny pomysł z tym podziałem, szkoda że Paul nie dołączył. To by dopiero było zakończenie.
Podsumowanie
Gdzieś pomiędzy premierą tego albumu a następnego Foot of the Mountain, stałem się świadomym fanem a-ha. To jednak głównie za lata 80. Pamiętam, że gdy szukałem wtedy 'ostatniego’ wydanego albumu, to Analogue za pierwszym razem wcale mi się nie spodobał, wręcz sie od niego dobiłem. Jak słychać, jest on bardzo refleksyjny i częściej smutny niż radosny. Z kolei dla mnie nigdy nie były i nie są to najważniejsze cechy jakich w muzyce szukam. To właśnie jest jednocześnie jego zaletą i wadą.
Jednak tak jak w pierwszym etapie kariery takie płyty nie były docenione, mam tu na myśli na przykład Memorial Beach – tak po powrocie, już zdecydowanie bardziej. Fani dorośli razem z zespołem. I chociaż to głównie elektroniczne a czasem rockowe a-ha jest moim a-ha, tak z czasem i ja dojrzałem do odbioru Analoque. Ma on swoje miejsce i również jest potwierdzeniem muzycznych talentów norweskiego trio. Jest w nim taka dojrzałość i totalne przeciwieństwo młodzieńczego szaleństwa Scoundrel Days. Jako całość Analogue jest również lepszy od swojego poprzednika Lifelines.
Okładka i styl Analogue
Jeśli chodzi o styl, zespół oddał się całkowicie rodakom z Norwegii. Ich stałym fotografem w tamtych latach był Stian Andersen. Towarzyszył on im był również autorem zdjęć albumowej sesji zdjęciowej. W 2012 roku wydał nawet foto album a-ha 1994-2010, którego obecnie ciężko zdobyć. Poza Justem Loomisem to drugi fotograf, który wykreował medialny obraz zespołu w latach w jakich z nimi współpracował. Martin Kvamme to z kolei grafik, który przygotował nowy koncept wizerunkowy. Oryginalny, ładny, podoba mi sie i pasują grafiki do całości muzycznej albumu. Współpraca była kontunuowania przy okazji szaty graficznej i stylistyki wizualnej również następnego krążka.
Idą (potrzebne) zmiany
Album nie stał się sprzedażowym przebojem. Rozminął się z oczekiwaniami najliczniejszej grupy fanów synthpopowego brzmienia i przyniósł jeszcze jedną ważną zmianę w karierze a-ha. Z początkiem 2006 roku Brian Lane przestał pełnić funkcję ich menadżera. Zastąpił go na tym stanowisku Harald Wiik. Harald pracował wcześniej z Paulem, z czasem poznał Magne i Mortena.
Uważam to za bardzo dobrą zmianę, bo chociaż Brian i jego działania był ok, to zespół taki jak a-ha potrzebował kogoś bardziej dynamicznego. Dużo zawdzięczam Haraldowi ponieważ jest sprawcą wszystkich reedycji i remasterów z ostatnich dwóch dekad. Dzięki niemu sam uzupełniłem kolekcje i zrobiłem najlepsze muzyczne prezent jakie tylko ode mnie można dostać. Po przejęciu sterów był również motywatorem za powrotem zespołu do bardziej synhpopowegogo grania, które jak wiemy nadeszło.
Harald Wiik uwzględniając wszystkie przerwy w działalności a-ha był ich menadżerem przez niemal dwadzieścia lat! To do jesieni 2025 roku i obszernego artykułu w The Washington Post. Artykułu, który podobnie jak i ja swoimi recenzjami podsumował i zebrał w jednym miejscu 40 letnią karierę zespołu. Od fana dla fanów. Dziękuję.





