Van Halen

Tak po prawdzie to głównie muzyka rockowa stanowi w moim domu soundtrack przy wszelkich czynnościach. Lata 80. to na pewno nie rewolucja w tym gatunku, ale to nie oznacza, że rock powstały w ósmej dekadzie nie wniósł nic nowego. Przede wszystkim ucywilizował gatunek do tego stopnia, że przekroczył on barierę, za którą była strefa zarezerwowaną dla muzyki pop. Powodem tego była wyjątkowa dbałość o melodie. W czasach gdy moc wzmacniaczy spokojnie potrafiła już uszkodzić słuch każdemu na koncercie, dalsze parcie by było tylko głośniej straciło sens. Szybkość gry na poszczególnych instrumentach również przestała już robić wrażenie czegoś niesłychanego. Po próbach i eksperymentach muzycznych z lat 70. gdzie zrobiono wszystko, by muzyka przestała nią być, dano sobie z nimi spokój.

Syntezatory, wszędzie syntezatory

W Europie unosił się nowy romantyzm i jak się okazało, nie był on zarezerwowany tylko dla grup synthpopowych. Syntezatory pasjonowały wszystkich. Nawet jeśli ktoś uważał gitarę za dzieło Boga, to i tak nie potrafił ukryć fascynacji instrumentem o tak potężnych możliwościach. Miało to niebagatelny wpływ na każdy rodzaj muzyki. Syntezatory były wszędzie. Nie ominęły i muzyki rockowej. Siłą rzeczy brzmienia niektórych zespołów uległy pewnemu złagodzeniu. W dalszym ciągu była to jednak muzyka rockowa. Jedynym problemem było tylko zachować odpowiednią równowag. By nie przekształcić siebie jako artysty, w kogoś walczącego o słuchacza z takimi potęgami jak Modern Talking (taki żarcik).

Van Halen w 1986 roku był zespołem, który w swoim składzie miał ówczesnego boga gitary – Eddie Van Halena. W zasadzie to on stworzył obraz rockowego gitarzysty lat 80. Miał swój własny styl i często dziennikarze odwołując się do różnych gitarzystów, określali ich mianem „szkoła gry Eddiego Van Halen”. Głównie chodziło tu o zabawę paluszkami obu rąk na gryfie w najbliższej możliwej sobie odległości i na nadaniu tej zabawie sporego tempa. Nawet jeżeli Joe Satriani potrafił to robić jeszcze efektowniej, to właśnie to odpowiednie wyważenie pomiędzy popisami, a samym artyzmem muzyki leżało w dobrym guście po stronie lidera Van Halen.

Eddiego solówki na gitarze

Płyta 5150 to siódma odsłona albumowa grupy. Nagrana z wokalistą Sammy Hagarem. Obecnie należy ona do grona najlepszych płyt tego gatunku z lat 80. Powstała w roku, w którym musiała zmierzyć się z wieloma doskonałymi pozycjami, gdyż ’86 przyniósł sporo takich, zaliczanych obecnie do klasyki. Co zawiera? Jedyną rzeczą stałą w muzyce zespołu z płyty na płytę jest talent Eddiego i jego solówki. Nawet jeśli mają problem z przebiciem się przez ścianę syntezatora, to i tak słychać że to on. Melodia na tym albumie goni melodię. To muzyka i na koncert i miejscami do sali tanecznej. To muzyka, która spokojnie gościć może w radiu i w aucie podczas podróży. Muzyka, która jest dynamiczna, głośna, a jednocześnie niemęcząca. Kompozycje, które spokojnie wysłuchawszy fan disco, nie przeklnie, a raczej dorzuci do swojej playlisty. Album ten to „taka ABBA” tylko w gatunku muzyki rockowej. Wielkiego potrzeba zaślepienia, by nie polubić tej płyty.

Jak na prawie każdym wybitnym albumie i tu mamy piosenki, które się wyróżniają, ciągnąc całość w kierunku jakości nieosiągalnej dla większości artystów. Mamy potężne hity rockowe, które w jakimś stopniu można również nazwać pop: Why Can’t This Be LoveDreamsLove Walks In. Sammy Hagar jest świetnym wokalistą. Wydaje mi się nawet, że obecnie cenię go sobie bardziej niż Davida Lee Rotha. Pozostałe piosenki mają mniej cech popowych, ale dzięki temu album zachowuje tę równowagę, o której wspominałem. W dalszym ciągu album jest rasowym rockowym dziełem.

Inspiracyjny Van Halen

Z kompozycjami na 5150 jest jak z biżuterią. Całe wykonane są ze złota, w które artysta złotnik wprawił umiejętnie dodatki z platyny – śpiew Sammego. Następnie umieścił w każdym istotnym elemencie drogi brylant – gitara Eddiego. Obecnie mniej artystów odwołuje się do inspiracji Van Halen, ale wtedy, grupa nadawała ton większości zespołów z podobnej półki muzycznej. Album 5150 to jedna z najlepszych płyt ósmej dekady bez wątpienia. Nawet biorąc pod uwagę tylko twórczość tej grupy, to z pewnością rzecz u nich wybijająca się. Może tylko ich debiut traktuję równie wysoko. A co z albumem 1984? Fakt, tam jest Jump. No i właśnie takie są płyty Van Halen – nie da się wybrać tej najlepszej. Zresztą po co?

Szkoda, że ostatnie dokonania Eddiego przed śmiercią odbiegały pomysłami od tych z najpiękniejszych lat dla muzyki.

Autor recenzji Krzysztof „jadis” Sierszuła