a-ha - Lifelines (2002) album - recenzja, Michał Fic

Album Lifelines nie kazał na siebie długo czekać, ponieważ został wydany dwa lata po swoim poprzedniku – w kwietniu 2002 roku. Wcześniejszy Minor Earth Major Sky osiągnął duży artystyczny i komercyjny sukces, który zaowocował wzmożonymi ambicjami a-ha by iść za ciosem i ten sukces ugruntować. Mimo, że siłą rozpędu się udało, to efektami nie wszyscy byli zadowoleni. Dla mnie te dwa albumy zawsze były pewnym stylowym dwupakiem i wzajemnym uzupełnieniem. Muzycznym znakiem początku nowego milenium w akompaniamencie a-ha.

Na przełomie lat 2000-2001 odbyła się pierwsza po powrocie trasa koncertowa. Jak na standardy zespołu nie była ona ogromna. Jednak ludzie którzy na nią przychodzili, byli szczerze szczęśliwi, że Norwegowie wrócili do wspólnego grania i nagrywania. Jednak najważniejsze w tym kontekście było to, że a-ha po powrocie wciąż miało publiczność! Do starych fanów dołączyło – dosłownie i w przenośni – pokolenie nowych. Młode twarze są widoczne na koncertowych materiałach z tamtego okresu, sam jestem zaskoczony. W każdym razie nawet w najlepszych życzeniach panowie nie przepuszczali takiego obrotu spraw i sami również zaskoczeni byli. Wtedy atmosfera hype-u i podekscytowania udzielała się wszystkim. Kim trzeba być, by w takich jak ten momentach nie pójść za muzycznym ciosem?

Moje pomysły są lepsze od twoich

Natłok spraw organizacyjnych poza wspomnianą trasą był znaczący. Między innymi przez solowe projekty Magne i Paula. Pierwszy zajęty był muzyką do filmu Øyenstikker, drugi kolejnym albumem Savoy – Reason To Stay Indoors. Do tego działania reklamowe związane z nowo będącym na fali a-ha jak i życia prywatne każdego z osobna. W takim natłoku pracy i obowiązków powstawał ten album. Krótko ale intensywnie.

Morten, Paul i Magne – wszyscy zostali tutaj autorami, a każdy z nich pracował w studiach muzycznych osobno z łącznie sześcioma producentami! Następnie takie indywidulane dema przynosili do studia już na wspólne sesje, gdzie następnie kłócili się – w dosłownym tego słowa znaczeniu – o swoje. Zachowania typu: dobra, nagraliśmy twoją piosenkę Paul, możemy już przejść do pracy nad moją? Lub – moje pomysły są lepsze od twoich itp. itd. były na porządku dziennym. Istny miszmasz. Każdy chciał na Lifelines wepchać swoje idee i kompozycje. Wszyscy czuli się na siłach by decydować i nie było nikogo kto mógłby ich pogodzić.

Podsumowując wspólne i indywidulane wywiady oraz biograficzne wspomnienia członków zespołu oraz ich współpracowników z tamtego okresu pracy, Liflines powinno się było moim zdaniem raczej nazywać Battlelines. Mamy rekordowe piętnaście utworów co daje 61 minut muzyki. O ile taka ilość pozwoliła na kompromisy by wszystkich autorów pogodzić, to gorzej było z jakością…

Sesja zdjęciowa albumu a-ha - Lifelines z 2002 roku. Autor Olaf Heine
Albumowa sesja zdjęciowa a-ha z 2002 roku © Olaf Heine

Lifelines

Najlepsze na początek? Tak! Lifelines wpisał się w tradycję a-ha, polegającą na nadawaniu albumom nazw znajdujących się na nich piosenek. Wcześniej było tak chociażby z Hunting High and Low czy Stay on These Roads. Również później w karierze – może nie koniecznie z balladami – mamy tego przykłady. Pewnie nie tylko ja zauważyłem, a raczej usłyszałem, że te tytułowe piosenki zawsze się broniły. Na szczęście w tym przypadku też się to potwierdza ponieważ Lifelines to mój ulubiony utwór z całej płyty. Ogólnie zawsze odnosiłem wrażenie, że najpierw pisali piosenki, a nazwę albumu zostawiali sobie na ostatnią decyzję. Biorąc na niego tytuł piosenki który najbardziej w danej chwili odpowiadał całości.

W każdym razie tutaj można się zastanawiać czy najpiękniejsza w Lifelines jest muzyka, tekst czy wykonanie? – Moim zdaniem wszystko ponieważ ta piosenka to a-ha w swoim żywiole. Absolutnie idealny utwór w średnim tempie, który emanuje muzyczną melancholią, szerokim zakresem wokalu Mortena Harketa i przyjemnym, umiejętnie wkomponowanym chórkiem. Nie ma słabego punktu i wszystko w niej ze sobą współgra. Prawdziwa harmonia. Piosenka została całkowicie napisana przez Magne Furuholmena, także oddaję honory.

Sami nadajemy sens muzyce i słowom

Samo słowo lifelines w wersach to umiejętne wykorzystanie jego dwuznaczności. Mogą to być; linie lub droga życia, sposób jego przeżycia albo bardziej dosłownie – liny ratunkowe. To jakie emocje towarzyszą nam przy muzyce czy ogólnie piosenkach, może nadawać im własnej osobistej interpretacji. I często nadaje, sam tak mam.

Mi piosenka Lifelines kojarzy się z wczesną słoneczną wiosną ale jeszcze śniegiem w cieniu. Czasem gdy już większość zrzuca z siebie grube zimowe kurtki. Ogólnie z nadzieją i nowym startem dla natury i ludzi. Również chyba najbardziej ze wszystkich piosenek a-ha kojarzy mi się ze spokojną Norwegią! To pewnie przez teledysk – nie jestem pewien, ale pamiętam jeden marzec, w którym stała się moim przebojem miesiąca i już mi tak zostało. Zresztą nie bez powodu to w marcu piszę tę recenzje. Największa motywacja.

One chance to be back to the point where everything starts…

Jako singel piosenka Lifelines została wydana tydzień po finale Mistrzostw Świata w Korei Południowej i Japonii. Jako dzieciak oglądałem ten mecz, ale zarówno piosenkę jak i sam album odkrywałem dopiero kilka lat później. W każdym razie lubię sobie czasem łączyć kulturowe wydarzenia na osi czasu.

Teledysk Lifelines

Teledysk zasługuje na swój własny akapit ponieważ pięknie pokazuje jak kultura popularna żywi się sama sobą. Jego reżyser – Jesper Hiro wykorzystał w nim fragment innego filmu. Chodzi o krótkometrażowy Rok wzdłuż opuszczonej drogi (norw. Året gjennom Børfjord). Został on nakręcony w ciągu 105 dni na przełomie lat 1988-89 i wydany w 1991 roku, zdobywając przy okazji trochę festiwalowych nagród.

Krótkometrażowy film wyreżyserowany przez – uwaga – Mortena – ale innego bo Skalleruda, jak wskazuje tytuł, pokazuje cały mijający rok w rybackiej wsi Børfjord w gminie Hasvik w Norwegii. To z prędkością 50000 razy większą niż normalna w ciągu zaledwie 12 minut! By uzyskać taki efekt kamera każdego dnia była przesuwana o x metrów. Dzięki temu film daje widzowi wrażenie płynnego podróżowania wokół fiordu w ciągu roku, z każdym dniem skompresowanym do zaledwie kilku sekund.

Swoją drogą fajny projekt, przeprowadzić się na te trzy bite miesiące na norweską wioskę i dzień w dzień przestawiać kamerę. Wracając do teledysku, to umiejętne wkomponowanie w ramy filmu grających Magne, Paula i śpiewającego Mortena nadaje mu naprawdę takiego norweskiego stylu audio wizualnego. Szczerze pisząc, to była moja pierwsza nieświadoma styczność z norweską filmografią. Także jak ktoś się was zapyta czy znacie jakiś norweski film, to śmiało możecie podrzucić ten wątek.

Ilość nie jakość?

Zdziwiłem się gdy okryłem, że Lifelines to był pierwszy album a-ha na którym nie było żadnej piosenki nad której tekstem wspólnie pracował Magne i Paul. Znamienne, ale wcale się nie dziwię oceniając całość. Jeśli ktoś mnie czytał przy okazji innych recenzji, to na pewno zauważył, że nie wypisuję przy każdej piosence takich szczegółów. Czasami. Głównie to ogólne wnioski warte moim zdaniem uwagi – tak jak ten.

You Wanted More to akurat dzieło Magne i Mortena, a jej tekst bardzo prawdopodobnie odwołuje się do napiętej wtedy współpracy w zespole. Tym który „chciał więcej” jest nie kto inny jak Paul. Tak czy inaczej fajny muzyczny eksperyment, który jednak nigdy nie przypadł mi do gustu. Ot takie zabawy za konsolą i z mikrofonem. Bardziej właśnie sam tekst jako ciekawostka dotycząca tarć w zespole, mi się z nim kojarzy.

Forever Not Yours

Jako jeden z najmocniejszych utworów nie tylko albumu ale ogólnie kariery a-ha wyróżnia się kolejny Forever Not Yours. Głównym pomysłodawcą na niego był Morten, a swoje pomysły dołożył Magne i tak powstał elektronicznie naładowany pop z przyjemnym fortepianowym brzmieniem. Taka klasyczna nuta w znanym im stylu z perfekcyjnie zaśpiewanym i nieco tragicznym refrenem. Powszechnie lubiana zarówno w momencie swojej premiery jak i obecnie. Zdobyła też najszerszą publiczność i do dzisiaj jest chyba najbardziej znanym kawałkiem z tej płyty. Obok Lifelines najważniejszy fundament albumu, bez tych dwóch rozleciałby się w podstawach.

Teledysk doi Forever Not Yours wyreżyserował ten sam reżyser co do Velvet – Harald Zwart. Wykorzystał motyw biblijnego potopu i Arki Noego, na którą zespół zabierany jest jako gwiazdy, a kończy na myciu garów, kibla i podłogi. Musze przyznać ciekawy pomysł, dobry scenariusz. Klip został nagrany na terenach kompleksu sportowego Jose Marti Parque w Hawanie, którego konstrukcja stała się też elementami okładki.

Czy są powody słuchać dalej?

There’s A Reason For It to nudne plumkanie i rozmyślania autora, że nic nie dzieje się bez powodu, do tego refren nie w rytm, nie w melodię. Echh … ogólnie niepotrzebny, ale nie wywaliłbym go bo nawet na odrzut się nie nadaje. Od początku bezpłciowy pomysł na niego mieli. Za to następny…

Time And Again to przepiękna ballada autorstwa Paula, którą napisał na prośbę dla norweskiej piosenkarki Sissel Kyrkjebø. Na szczęście dla fanów a-ha piosenka się jej nie spodobała i postanowiła jej nie nagrywać! No nie dogodzi kobietom. Co by się jednak nie zmarnowała – a było to mniej więcej w tym samym czasie co prace nad tym albumem – z automatu trafiła do studia podczas prac z chłopakami. Finalnie mamy emocjonalny i delikatny wokal Mortena z super tekstem. Time And Again to jest wręcz poetycka liryka, brzmi jak zaśpiewana poezja. Mocny punkt jeśli chodzi o wolne tempo na Lifelines. Mam jednak wrażenie że mało znana. Czyżby nigdy nie osiągnęła swojego potencjału na jaki zasługuje?

Syntetyczna Did Anyone Approach You? to połączenie marszowego rytmu i sterylnych elektronicznych brzmień. Kolejny eksperyment bez duszy i głębi, który mimo wytypowania na singel promujący, poniósł totalną porażkę. Kogoś dziwi? Teraz pisząc ten tekst obejrzałem może po raz piąty raz w życiu teledysk jaki specjalnie do niej nagrano. Dobrze, że tanim kosztem bo w postaci Lauren Savoy. Kto jeszcze jakimś cudem nie wie, Lauren to partnerka Paula Waaktaara od 1985 roku. W każdym razie nagrywała amatorsko zespół przed, podczas i po pierwszym koncercie trasy promującej ten album. Było to 8 czerwca 2002 roku na stadionie Ullevaal w Oslo. Klip jest nawet spoko jako muzyczna pocztówka. Jednak kto będzie oglądał teledysk jeśli mu się piosenka nie podoba?

Popołudniowy szczyt

Teraz zagadka. Czy jest w dyskografii a-ha jakaś piosenka, której rytm tak łatwo można sobie powtórzyć gwizdaniem jak ten zaczerpnięty z Afternoon High? Moim zdaniem nie. Afternoon High to bezpretensjonalny, radosny i porywający utwór kojarzący mi się z We’re Looking for the Whales. Oba mają taki sam bardzo pozytywny vibe. Przez jeden z wywiadów odkryłem, że ten charakterystyczny motyw był zainspirowany przez Paula piosenką Marrakesh Express z 1969 roku. O ile ciężko mi się jej – tej oryginalnej – słucha, tak Afternoon High ze swoim skocznym rytmem i słowami to materiał na letni hit, którym nigdy się nie stał. Kto wie, może wybije ją kiedyś jakiś social-mediowy viral?

Znowu kolejny eksperyment z Oranges On Appletrees. W ogóle co to za zespół można zapytać? Jej chaotyczna aranżacja, niepotrzebne zmiany tonacji śpiewania i tak dalej… Rozumiem chęci wymyślania się na nowo i eksperymentów, ale to jest niestety kolejny niepotrzebny kawałek. W medialnym świecie Internetu przeczytałem, że ludzie doszukują się tutaj orkiestrowej adaptacji w stylu piosenki John Miles – Music. W moim przypadku no cóż. Nie podoba mi się bez względu na dorabiane do niej historie i ideologie. Nie słucham.

Zamęczony słuchaniem

A Little Bit to kolejna przeciętna piosenka, która niestety nie jako jedyna najlepiej charakteryzuje ten album. I niestety następne westchnienie zawodu… bo słuchanie Less Than Pure nawet na potrzeby tej recenzji jest męczące. Naprawdę. W sumie mógłbym wymienić je wszystkie razem po dwukropku i podpisać: słabe, przeciętne, nudne.

Obiektywnie jako autorzy lepszą robotę składową na albumie wykonali Magne i Morten, nie Paul. Turn The Lights Down to kolejny potwierdzający to argument. W porównaniu do dwóch wyżej wymienionych kawałków Paula, tego przynajmniej można posłuchać bez uczucia zmęczenia a nawet lekkiego zażenowania. Co nie zmienia faktu, że to nadal nie jest nic ponadprzeciętnego. „Ckliwa ballada, ale piękna ckliwa ballada” – taką opinię o niej ma Anneli Drecker, która użyczyła w niej swojego głosu. Piosenkarka zaczęła współpracować z zespołem przy okazji wcześniejszej trasy koncertowej jako kobiecy wokal. Tą działającą współpracę na scenach oraz harmonię jej głosu z głosem Mortena, postanowiono wykorzystać w studiu tworzyć Turn The Lights Down. Przesłucham raz a przy powtórce robi się męcząca. Dobra jest raz na jakiś czas.

Ważki i rap

Z piosenki Cannot Hide kojarzę tylko próby rapowania przez Magne po francusku. Nieudany kolejny eksperyment. Mogli się pobawić w studiu muzycznym, ale finalnie zostawić takie zabawy na taśmach demo. Jak sobie teraz powtarzam ten album dokładnie ścieżka po ścieżce, to naprawdę źle to jako całość wygląda. Im dalej w las tym gorzej…

W tym morzu słabizny pływa sobie dosłownie i w przenośni dzięki wokalowi White Canvas. Bardzo pozytywny kawałek z banalnym przesłaniem w słowach „Twoje życie jest płótnem, kolory są Tobą”. Mocny punkt albumu, który wybiłby się nawet wśród mocniejszego zestawu piosenek. Jest mało popularna i nigdy nie wyszła – albo żeby zachować parafrazę – nie wypłynęła z bańki wiernych fanów.

Oszczędne muzyczne podejście przy tworzeniu Dragonfly przez Magne było ważne, ponieważ trafiła ona do ścieżki dźwiękowej niskobudżetowego filmu Øyenstikker (Ważki) z 2001 roku. I to tam, w tym filmie piosenka była jego debiutem jako artysty solowego. Reżyser filmu Marius Holst nie chciał angażować nikogo by zaśpiewał kompozycję Furuholmena, tylko zostawił surową wersję z nim na wokalu. Mniej więcej od tamtego czasu, dużo dem dla zespołu Mgane nagrywał już właśnie z własnym głosem. Następnie takie trochę gotowe wersje przynosił do studia do dalszej pracy nad nimi. Wcześniej jego dema miały samą muzykę, mniej więcej od tego momentu zaczął pojawiać się śpiew.

Magne Furuholmen solista

Wracając do właściwej płyty, wersja Dragonfly tutaj to po prostu cover w wykonaniu a-ha i zaśpiewany przez Mortena. Brzmieniowo tylko minimalnie się różnią, obie są skromne w brzmieniu, delikatne i kruche. Jeśli używać tych słów do opisywania muzyki, to właśnie przy takich okazjach jak ta tutaj. Piosenka jest specyficzna ale nie narzekam, chociaż też często do niej nie wracam. Podczas trasy koncertowej Liflines 2002-2004 Magne śpiewał ją w mocno instrumentalnym i akustycznym akompaniamencie dając odpocząć Motenowi.

Dzięki smyczkowej aranżacji i delikatnemu elektronicznemu pulsowi w Solace mamy satysfakcjonujące zakończenie tego chaotycznego albumu. Magne był autorem jej słów i muzyki. Oceniając już całość jego pracy na tym albumie, to słychać jak bardzo rozwinął się jako twórca. Potem tylko procentowało to dla dobra wszystkich fanów a-ha i muzyki.

Uwięziony w swojej przeciętności

Jeśli mnie wiedza nie myli to w sześciu różnych studiach nagraniowych, siedmiu producentów i trzech członków zespołu eksperymentowało z piętnastoma utworami. Gdy pisałem, to wyliczałem sobie niepotrzebne piosenki, wśród tych piętnastu tworzących to dzieło. Na liczniku w zależności od tego jak mocno w danej chwili jestem krytyczny wychodzi mi takich 5-6-7. Ze względu na liczbę zaangażowanych producentów jak i indywidualistyczne podejścia samych twórców brakuje tu brzmieniowej spójności.

Wniosek jest prosty. Gdyby Lifelines był albumem z powiedzmy dziesięcioma utworami, to jako całość byłby super. Tak jednak nie jest. Dodanie do tych kilku wyróżniających się numerów wszystkich innych eksperymentów i zapychaczy, nie wyszło mu na dobre i całkowicie psuje doznania słuchowe. Nawet obecnie, tyle lat po premierze album jest najlepszym przykładem, że ilość nie zawsze przekłada się na jakość. Chociaż jako fani często chcemy więcej i więcej od muzycznych idoli, tak słuchając Lifelines trzeba się zastanowić nad swoimi życzeniami. Mogą się spełnić niezupełnie hehe.

Po wielokrotnym przesłuchiwaniu albumu przy tworzeniu tego tekstu – tak piszę, ze słuchawkami na uszach, jestem po prostu zmęczony. Męczący i przeciętny to pierwsze i najlepsze słowa jakimi mogę go określić. Chyba najgorszy ze wszystkich z całej kariery? Po małej magii kilku wyróżniających się kawałów następuje szalona podróż przez beznadziejnie płaskie utwory, których nawet Morten nie potrafił uratować. Niestety złe wrażenia których jest więcej przykrywają te dobre. Z tego powodu wracam tu tylko dla kilku piosenek, nie dla albumu jako całości.

Zespół jak małżeństwo

Podczas prac nad Lifelines wzajemna frustracja i szczyt nieporozumień pośród Norwegów osiągnął swój poziom krytyczny. Byli blisko rozwiązania zespołu na amen. Jednak po premierze i kolejnej ogromnej trasie koncertowej już na szczęście tylko spadał z korzyścią dla wszystkich. Rozeszły się po kościach animozje. I chociaż teraz z perspektywy czasu łatwo ocenić, to uznaję to za niezbędne doświadczenia, które potem zaowocowały Anlogue. Albumem któremu braku spójności na pewno nie mogę zarzucić oraz następnymi. Bez przygód wokół Lifelines nie byłoby tej pięknej prawdziwie synhpopowej przyszłości.

Okładka i sesja zdjęciowa

Sesje zdjęciowe do albumu wyszły dość ciekawie, a ich autorami byli Andy Frank i Olaf Heine. Andy wykonał między innymi to na okładkę i zrobił je w dniu kręcenia teledysku do Forever Not Yours w Hawanie. To okładkowe zdjęcie – trochę edytowane przez dobicie lustrzane, oraz inne fotografię ulicy i samego miasta. Widoczne na nim betonowe kolumny to elementy trybun kompleksu sportowego Jose Martí Parque. Kiedyś symbolu rewolucji kubańskiej, obecnie – jak łatwo można sobie sprawdzić – dość zapomniane miejsce w ruinie. Z kolei Olaf Heine poszedł z Norwegami na spacer i jest autorem zdjęć w starym tatrze oraz ich innych portretów. Wszystko to do obejrzenia w dwudziestostronicowej książeczce towarzyszącej fizycznym wydaniom albumu.

Również projekt płyt CD (album+single) był intersujący i łamiący schematy. Pamiętam gdy pierwszy raz wyciągałem ją z pudełka i od razu rzucił mi się ten kwiat – chyba kwiat? w oczy. Raczej mało standardowe rozwiązania jak na tamte czasy by zadrukowywać płytę taką grafiką. Jednak czemu akurat taki motyw – nie wiem.

Logo a-ha drugi raz z rzędu miało ten sam projekt, aczkolwiek wyróżniało się w swojej żółtej barwie bardziej, niż to prześwitujące na starym kokpicie samolotu.